Mój spinningowy debiut. W sumie dwie godziny kręcenia, z czego pół godziny luźnej rozgrzewki i półtorej godziny pod dyktowane tempo. Do spinningu namówił mnie mtbiker, a całość odbyła się w towarzystwie teamu rowerowego bikehead, czyli osób, które na co dzień się ścigają. Dobrze, że nie byłam jedyną kobietą :D Myślałam, że ten cały spinning wygląda nieco inaczej, ale chyba poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz :) Tym bardziej, że po zakończeniu kręcenia usłyszałam od prowadzącego, że nie wierzy w to, że nigdy wcześniej nie byłam na spinningu. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to powiem, w tym wypadku napiszę, jednak muszę przyznać, że spinning jest idealną alternatywą, podczas gdy warunki atmosferyczne nie służą jeździe na świeżym powietrzu.
Podczas wczorajszej wycieczki do Olsztyna zadzwonił do mnie Przemek z propozycją terenowego wypadu w niedzielę. Szczegółów zbyt wiele nie było - godzina 9, miejsce standardowe. Na wycieczkę z ekipą z CFR zdecydował się także mtbiker, który przyjechał do Czewy z DG kilka minut po godzinie 8. Pojechaliśmy pod skansen. Na miejscu spotkania czekał już Przemek. Po chwili dotarli jeszcze Adam i Stefan. Nie byłam do końca przekonana czy poradzę sobie w trochę trudniejszym niż poprzednio terenie w SPD, ale raz się żyję. Jakoś nauczyć się trzeba.
Pojechaliśmy asfaltem w stronę huty, następnie przez Cmentarz Żydowski. Kawałek asfaltem przez legionów i następnie terenem przez Ossona. Jeszcze nie zdążyłam podjąć próby podjazdu na sam szczyt, a już zdążyłam zaliczyć pierwszy dziś upadek - nie zdążyłam się wypiąć z SPD podczas zatrzymania. Na górę udało mi się podjechać, ale na dwie raty, z postojem w tym samym miejscu co zwykle. Już po zjeździe z Ossona, kawałek przed czerwonym rowerowym zaliczyłam drugi upadek - mtbiker zajechał mi lekko drogę i koło ślizgnęło mi się w koleinie koło kałuży. Pozbierałam się, podczas gdy chłopaki robili mi zdjęcia i pojechaliśmy dalej czerwonym rowerowym. Zjechaliśmy potem na czerwony pieszy, prowadzący przez Zieloną Górę. Udało mi się podjechać nieco dalej niż zwykle. Może mogłabym i jeszcze dalej, ale koło poślizgnęło mi się na korzeniu i zanim zdążyłam się wypiąć leżałam trzeci raz. Na szczyt rower postanowiłam wprowadzić. Na górze poprosiłam chłopaków o poluzowanie SPDów, aby łatwiej było mi się wypinać. Do akcji wkroczyli mtbiker i Piksel. Dodatkowo zdjęli mi również platformy, abym mogła szybciej się także wpinać. Mimo tego pech ciągle nade mną wisiał. Zaraz na początku zjazdu kolejny upadek - wszystko przez te liście, pod którymi nie widać korzeni i kamieni. Szybko się podniosłam, nikt nic nie widział i zjechałam na dół do czerwonego rowerowego.
Przemo zaproponował, że zamiast od razu wyjeżdżać na asfalt poprowadzi nas ścieżką dydaktyczną koło stawów polodowcowych w Kusiętach. Jedziemy, prosta terenowa dróżka, nagle słyszę "uwaga". Zanim się zorientowałam o co chodzi, zdążyłam już wylądować na glebie. Jeżeli dobrze pamiętam, to Przemek nagle przyhamował, a jadąc kawałek za nim, nie zdążyłam w porę zareagować. Pokonaliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów. Jechałam za Pikselem. Przejeżdżaliśmy przez błoto. Piksel momentalnie zwolnił, a ja ponownie spóźniłam reakcję... i wylądowałam w błotku. Cóż na szczęście lądowanie było miękkie :D Przejechaliśmy kawałek asfaltem i koło szkoły w Kusiętach skręciliśmy w teren, by dojechać do Gór Towarnych. Pojechaliśmy najpierw koło jaskini. Chłopaki jechali przodem, ja z Alkiem z tyłu. Przejechałam dołem między drzewami, Alek górą zaraz obok jaskini i miedzy skałkami. Dalej przez polanę i podjazd na kolejne skałki w Towarnych. Chłopaki pojechali najbardziej stromym wjazdem, ja podjechałam bokiem tym łagodniejszym zboczem. Na szczycie chwila przerwy, podczas której Przemek postanowił spróbować podjazdu na Rockim. Następnie zjazd z Towarnych. Kawałek rower sprowadziłam, a resztę zjechałam.
Wyjechaliśmy na asfalt i udaliśmy się do Olsztyna. Następnie skierowaliśmy się terenem na Lipówki. Jak zwykle nie udało mi się podjechać na sam szczyt. Chwila przerwy i zjazd z Lipówek w stronę Biakła. Minęliśmy bokiem Biakło i zjechaliśmy do Sokolich do żółtego rowerowego. Następnie czerwonym pieszym, większości prowadząc rowery po śniegu podeszliśmy pod Puchacz. Zjechaliśmy potem znów do żółtego rowerowego. Dotarliśmy do asfaltu i pojechaliśmy do leśnego, gdzie siedzieli m.in. Bartek, Kulisty i inni rowerzyści. Posiedzieliśmy chwilę i przyszedł czas powrotu.
Od wyjazdu z domu zdążyło nasypać trochę śniegu, więc powrót był ciekawy :D Pojechaliśmy kawałek asfaltem w stronę Biskupic, Następnie wjechaliśmy w teren. Najpierw żółty pieszy, potem czarny pieszy i niebieski rowerowy. Następnie zjechaliśmy z niebieskiego i dojechaliśmy do rowerostrady. Rowerostradą do końca, potem na drugą stronę torów, kawałek przez lasek do Bugaja, asfaltem do przejazdu kolejowego i przez Michalinę. Przy DK1 chłopaki pojechali prosto, a my z Alkiem skręciliśmy w lewo pod wiadukt.
Podsumowując - ciekawa wycieczka, ze sporą dawką terenu i podjazdów. Wyjeżdżając z domu było całkiem sucho. Nie spodziewałam się, że w tak krótkim czasie napada tyle śniegu, że wracać do domów będziemy niemalże w zimowych warunkach. Pogoda czasem potrafi zaskoczyć swoją zmiennością.
Przez ten upadek jestem jakaś taka niewyraźna :D fota by Przemo2:
Dziś do Częstochowy razem z rowerem przyjechał Aleks. Mimo silnego wiatru wybraliśmy się wspólnie na szybką przejażdżkę. Celem wycieczki standardowo stał się Olsztyn. Z uwagi na obawy przed dużym błotem w terenie po ostatnich opadach deszczu, wybrałam wariant asfaltowy.
Pojechaliśmy przez osiedle, potem Aleją Pokoju, koło skansenu, dalej przez Kucelin w stronę huty, koło Ocynkowni, Guardiana i następnie przez Kusięta, aż do rynku w Olsztynie. Mieliśmy dość dobre tempo (licznik pokazał mi średnią powyżej 25 km/h) i jeszcze odrobinę czasu w zapasie. Postanowiłam, że pojedziemy jeszcze asfaltem do Przymiłowic, i następnie kawałek terenem czerwonym rowerowym do Kamieniołomu Kielniki. Tam chwila przerwy i powrót najkrótszą drogą. Najpierw tą samą drogą do Olsztyna, potem zielonym rowerowym, który prowadził kawałek terenowym podjazdem przed Skrajnicą, następnie asfaltem przez Skrajnicę i rowerostradą aż do końca. Na samym końcu rowerostrady pojechaliśmy terenem do torów kolejowych, przeszliśmy na druga stronę i pojechaliśmy przez lasek do Bugaja, asfaltem przez Bugaj i przez Michaline do DK1. Dalej już tylko w lewo pod trasą i prosto do domu.
Przez większość trasy zmagaliśmy się dziś z silnym, momentami porywistym wiatrem. Czasami miałam wrażenie, że wiatr zwieje mnie z drogi. Ostatnio to mtbiker pokazał mi swoje trasy, którymi najczęściej jeździ, a dziś ja mogłam się odwdzięczyć. To była całkiem fajna wycieczka.
Dziś pierwsza wycieczka w nowym roku. Chęć wspólnej inauguracji kolejnego sezonu wyraziła Kasia. Umówiłyśmy się standardowo pod skansenem, z zamiarem wieczornej wycieczki do Olsztyna. Pod skansen jak zwykle dojechałam Orkana, Jagiellońską i Aleją Pokoju. Kasia już czekała na miejscu.
Trasa dzisiejszej wycieczki: asfaltem przez Kucelin w stronę huty, w lewo na rondzie, po kostce brukowej do Legionów, ścieżką rowerową przez Legionów, potem Brzyszowską, terenem czerwonym rowerowym do Kusiąt i asfaltem przez Kusięta do Olsztyna. Na rynku krótki postój i powrót. Najpierw terenowym podjazdem przed Skrajnicą, następnie asfaltem przez Skrajnicę do stacji benzynowej, potem dalej asfaltem przez Wilczą Górę, koło Guardiana, Ocynkowni i w stronę skansenu. Następnie przez Aleję Pokoju, gdzie Kasia zjechała do domu. Samotnie Jagiellońską i Orkana dotarłam do domu.
Cztery dni bez roweru zrobiły dziś swoje. Chęć do jazdy była ogromna, ale sił jakoś mniej. Czasem Kasia goni za mną, czasem ja z nią, dziś to ja musiałam ją gonić. Dodatkowo podczas jazdy musiałam uważać bardziej niż zwykle. Jeszcze się zima na dobre nie zaczęła, a moja zimówka już domaga się remontu. Coraz większy luz na przednim kole sprawia, że jazda jest coraz mniej bezpieczna, szczególnie na zakrętach. Na szczęście obyło się bez upadków. Dzięki za wspólną jazdę :)
Rok 2012 dobiegł końca, a co za tym idzie najwyższy czas, by go podsumować. Miniony rok pod względem rowerowym uważam za niezwykle udany. Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że w 2012 przejadę 7500 km nie uwierzyłabym. Przejechałam w sumie 7543 km, co pozwoliło mi zająć 25 miejsce wśród wszystkich kobiet na Bikestats w 2012 roku :) Przedstawiam kilka najważniejszych dla mnie faktów z minionego roku:
Dwukrotnie byłam z rowerem w górach - pierwszy raz 17 czerwca w Tatrach, gdzie udało mi się przejechać przez Dolinę Chochołowską i wjechać na Gubałówkę, drugi raz na koniec września, kiedy w sumie w cztery dni przejechałam 144 km w Bieszczadach, na nowo zakupionym rowerze, który udało mi się zakupić dokładnie 20 września. Jeżdżąc po Bieszczadach pobiłam również swój rekord prędkości, gdy podczas asfaltowego zjazdu rozpędziłam się do prędkości 75 km/h.
Dziesięciokrotnie udało mi się pokonać dystans ponad 100 km, z czego raz wyszło aż 151 km (podczas drugiej rowerowej wycieczki do Krakowa). Pierwsza setka miała miejsce 1 kwietnia, kiedy nie do końca wierząc we własne możliwości dałam się namówić na pierwszy w życiu wypad rowerem do Krakowa. Pozostałe setki to terenowy wypad do Bobolic, wycieczka do Kochcic, wycieczka do Rezerwatu Szachownica i Węże, wycieczka do Smolenia i Morska, wycieczka do Siewierza, wypad nad zalew Chechło, oraz listopadowy wypad do Dankowa z Darią.
Tak z pozostałych rzeczy - w minionym roku poznałam kolejnych ciekawych ludzi, z którymi udało mi się pokonać sporo kilometrów i poznać nieznane wcześniej ścieżki. Najwięcej km pokonałam w towarzystwie STin14. Dość późno, bo dopiero w grudniu, ale podobno lepiej późno niż wcale, zaczęłam naukę jazdy w SPD. Początki łatwe nie były i dalej nie są, ale myślę, że w nowym roku będzie coraz lepiej.
W kwietniu miałam w planie pokonać 1000 km w miesiącu, jednak zabrakło mi 73 km i dwóch dni, kiedy bo kolizji ze znajomym z CFR nie mogłam utrzymać w ręce kierownicy, z powodu niewielkiego, ale bolącego krwiaka na dłoni. Ja i tak z tej kolizji wyszłam o wiele mniej poszkodowana. Nie udało mi się również pomimo przygotowanego wcześniej przez Gawła roweru wystartować w Peta Orbicie, podczas której chciałam pokonać dystans powyżej 200 km. W ostatniej chwili zatrzymały mnie inne zainteresowania, związane z pojazdami zabytkowymi. Patrząc na to dziś z perspektywy czasu, to jakby wszystkie plany udało się zrealizować w jeden rok, to jakież plany byłyby na następne lata?
To by było chyba na tyle w kwestii podsumowania. Co do planów na 2013 rok, który mam nadzieje pomimo 13tki nie będzie należał do pechowych chciałabym wybrać się z rowerem nad morze i chociaż raz pojeździć poza granicami kraju. Poza tym miło byłoby zrealizować te plany, których nie udało się uczynić realnymi w roku 2012. Na zakończenie dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli mi w pokonywaniu kolejnych kilometrów i życzę wszystkim samych rowerowych sukcesów w nadchodzącym roku :)
Najpierw Jagiellońską i Bór koło Netto, gdzie umówiona byłam z Kasią i Rafałem, by wspólnie udać się na Plac Biegańskiego na 82 Masę Krytyczną. Tuż przed wyjściem z domu telefon od Gawła, by po niego również podjechać. Więc we troje przez Niepodległości do Gawła na serwis i we czwórkę Wolności, Sobieskiego i Śląską na Plac Biegańskiego. Było już kilka minut po 18, a policji dalej nie było. 63 rowerzystów, z których znaczna część zdążyła już zmarznąć, niecierpliwie czekało na obstawę, by móc wyruszyć na ulice miasta na wspólny przejazd. Panowie policjanci dotarli prawie 20 minut po czasie.
Wreszcie po długim oczekiwaniu ruszyliśmy. Dzisiejsza Masa była o tyle szczególna, że przybyło na nią bardzo wielu mikołajów i mikołajek, gdyż rowerzyści przyjechali jak rok temu w czapkach mikołajowych :D Jedynie kierowca rikszy, Przemo chciał się wyróżnić i zamiast czapki jak pozostali uczestnicy, założył na głowę jakieś rogi łosia, czy renifera :D Ciężko jednoznacznie ocenić co to było :D Trasa biegła następującymi ulicami: II Aleją NMP, Wolności, Pułaskiego, Sobieskiego, Śląską, Dąbrowskiego, Jasnogórską i Nowowiejskiego z powrotem na Plac Biegańskiego. Dojeżdżając na plac, termometr w moim liczniku pokazał temperaturę -4,7 stopni. Byłam kompletnie zmarznięta, palce u rąk strasznie mnie bolały od mrozu. Ogromnie jestem wdzięczna pewnemu rowerzyście, imieniem Rafał, którego osobiście nie znam, za pożyczenie chociaż na chwilę ogrzewacza. Momentalnie palce u rąk wróciły do normalnego stanu.
Po masie razem z innymi osobami z CFR pojechaliśmy Dąbrowskiego, PCK i wzdłuż linii tramwajowej do Altany Żywiec ogrzać się i wspólnie posiedzieć. Do altany dotarło 15 osób, z czego trzy kobiety - ja, Kasia i Helenka. Po wspólnej posiadówce przyszedł czas na powrót do domu. Tuż po wyjściu z Altany Przemek postanowił dotrzymać zeszłorocznej tradycji i pomimo braku śniegu odpalił petardy centralnie przed centrum handlowym Promenada :D Wracaliśmy wzdłuż linii tramwajowej w szóstkę, razem z poisonkiem, STi, kobe24la, balblą i Sebiq'iem. Od Jagiellońskiej jechałam już tylko ze Sti. Po drodze spotkaliśmy Bartka (bartek034), który na masę dziś nie przybył. Podczas powrotu do domu temperatura spadła do -6,7 stopnia Celsjusza.
Chyba już się zestarzałam, bo jazda w takim mrozie kompletnie przestała mnie kręcić. Całe szczęście, ze tempo podczas powrotu było dużo szybsze niż w trakcie masowego przejazdu, więc nie zdążyłam nawet zmarznąć. Nawet moja tylna lampa Author LightShot w taki mróz postanowiła dziś zarzucić fochem i zamiast migać świeciła cały czas, tylko kilka razy słabiej. Dopiero po ogrzaniu zaczęła normalnie współpracować.
Szprychówka 82 Częstochowskiej Masy Krytycznej - by Sebiq:
Na CFR rowerowym zauważyłam wczoraj, że na dzisiejszy dzień planowana jest świąteczna wycieczka do Olsztyna. Postanowiłam dołączyć do ekipy i również spalić trochę kalorii nabytych wczorajszego dnia. Na miejscu startu pod skansenem stawili się poza mną: Jacek (którego z resztą dawno nie widziałam), Przemek, Robert, Rafał i Wojtek. Wspólnie ruszyliśmy asfaltem do celu.
Pojechaliśmy w stronę huty, koło Ocynkowni, Guardiana i przez Kusięta do Olsztyna. Na początku koło Guardiana trzymałam się Rafałowi na kole, bo troszkę wiało, ale potem wysunęłam się na przód. Nie wiem czy to chłopaki nie mieli dziś sił czy co, ale wszyscy zgodnie uznali, że narzuciłam niezłe tempo. Dojechaliśmy do baru leśnego, by tam chwilę wspólnie posiedzieć. Stopniowo zjeżdżali się następni rowerzyści, aż w efekcie zrobiła się nas spora grupka. Kolejno przyjechali Łukasz (Prophet), Jacek, piter, Damian, Iwonka i Krzysiek oraz kilku szosowców, w tym Adam. Reszty nie znam. Jak zwykle w leśnym zrobił się dziś gwar. Posiedzieliśmy niecałą godzinkę i razem z Przemkiem, Rafałem, Robertem i Wojtkiem jako pierwsi zebraliśmy się do domów.
Wybraliśmy najkrótszą trasę - najpierw krótki terenowy podjazd przed Skrajnicą, potem asfaltem przez Skrajnicę, rowerostradą do końca, kawałek oblodzonym i błotnistym terenem do torów (tym razem na lodzie spotkanie z glebą zaliczył Rafał), potem przez lasek do Bugaja, asfaltem do przejazdu kolejowego i przez Michalinę do DK1, gdzie Rafał z Wojtkiem pojechali prosto na Raków, a ja w lewo do Jesiennej z Przemkiem i Robertem. Potem już prosto do domku. Tempo podczas powrotu narzucił Przemek. Pod koniec jazdy jechało mi się trochę ciężej.
Pomijając wiejący momentami wiatr, to nie spodziewałam się, że drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia może być tak ciepło, że uda się wyjść na rower bez kurtki, tylko z bluzie. Tak troszkę chwaląc się - dzisiejszego dnia stuknęło mi 7500 km w tym roku :) Jestem z tego wyniku ogromnie zadowolona, tym bardziej, że jest o połowę większy niż planowałam na początku sezonu. Naprawdę dobry sezon :)
Dzisiaj zaplanowałam krótką przejażdżkę, by zrzucić trochę kalorii po wczorajszej sytej kolacji. Nikt nie odpowiedział na moje zapytanie na CFR czy ktoś wybiera się na rower, więc wyszłam samemu. Zdecydowałam się dziś na wariant asfaltowy.
Pojechałam przez osiedle, potem Jagiellońską, Aleją Pokoju, koło skansenu, w stronę huty, koło Ocynkowni, Guardiana i potem przez osiedle zwane pod Wilczą Górą do głównej drogi. Główną do Olsztyna, jedno rondo, potem drugie i dalej główną w stronę Przymiłowic. Następnie w prawo i potem kawałek terenem czerwonym rowerowym na Kamieniołom. Chwila przerwy i powrót do domu. Czerwonym rowerowym z powrotem do asfaltu i tak samo jak wcześniej. W Olsztynie spojrzałam na licznik i zaświtał mi w głowie plan, ze może jeszcze dziś uda się dojechać do 7,5 tys km. Postanowiłam pojechać przez Brzyszów i Srocko. Byłam w Kusiętach i nagle telefon, żebym była w domu na 14, a nie jak planowałam na 15 - a była 13.15. Szybka decyzja o powrocie najkrótszą trasą do domu. I cały misterny plan stracony :D Wróciłam do głównej drogi, którą dojechałam do rowerostrady, gdzie spotkałam Roberta. Pojechaliśmy kawałek razem, rowerostradą do końca, po drodze potykając Darię i MD. Potem znów główną przez Bugaj, następnie przez Michalinę i pod DK1. Na Błesznie Robert zjechał w prawo w stronę cmentarza a ja pojechałam prosto do domu.
Jechało mi się dziś trochę mozolnie, nie wiem czy to z powodu świątecznego przejedzenia, czy tego, że nie chciałam obciążać nadwyrężonego więzadła. Dodatkowo jazdę utrudniał momentami silny wiatr. Tegoroczny plan pokonania 7500 w sezonie jest dalej aktualny i coraz bardziej realny :)
Już od jakiegoś czasu chciałam wybrać się kiedyś rowerem na Pogorię. Nadszedł taki dzień, że trafiła się ku temu okazja. Spakowałam rower do auta i pojechałam do DG. Moim przewodnikiem po Dąbrowie został MTBiker.
Na początek kawałek ulicami miasta. Następnie przez park na Pogorię III. Nad zalewem zimowa aura - ścieżka rowerowa ośnieżona, woda przy brzegu i przy molo miejscami zamarznięta. Po przejechaniu kawałka wzdłuż brzegu zjechaliśmy ze ścieżki rowerowej na ścieżkę bardziej terenową. Pokonaliśmy jedne tory, potem drugie i pojechaliśmy ścieżką w stronę Pogorii IV. Przy przejeżdżaniu przez most nad zalewem zaliczyłam spotkanie z gruntem - nie zdążyłam się wypiąć w momencie w którym poślizgnęło mi się koło przed wjazdem na mostek. Dobrze, że upadek był przed mostkiem, a nie już na moście, bo mogłabym poobijać się o barierki. Zebrałam się w miarę szybko i dalej w drogę, aż dojechaliśmy na czwórkę.
Mieliśmy wrażenie jakbyśmy znaleźli się w innym świecie - nad trzecim zbiornikiem zima w pełni, a tutaj na czwartym ani trochę śniegu - prawie jak wiosną. Objechaliśmy zbiornik od lewej strony asfaltową drogą. Na chwilę zamieniliśmy się rowerami, by porównać sprzęty. Po przejechaniu wzdłuż brzegu pojechaliśmy asfaltem czerwonym rowerowym przez Wojkowice w stronę Bukowej Góry. Nie wjeżdżaliśmy terenem na sam szczyt Bukowej, ale zrobiliśmy małe kółeczko przez las u podnóża góry. Momentami miałam wrażenie jakbym była w Sokolich Górach - bardzo podobne miejsca. Nie sądziłam, że na Zagłębiu także są takie ciche i spokojne miejsca jak u nas. Na Bukowej było jeszcze zimniej niż na Pogorii, co najbardziej dało się odczuć na palcach u stóp.
Wróciliśmy do asfaltu i ponownie przez Wojkowice dotarliśmy nad Pogorię IV. Tym razem MTBiker poprowadził terenem z drugiej strony zalewu. W pewnym momencie za kolejnym mostkiem troszkę się zakręciłam, bo nie wiedziałam czy mamy jechać w prawo czy w lewo - zdawało mi się, że w lewo, a towarzysz pojechał w prawo. Zatrzymałam się, by się zorientować co dalej i nagle mnie oświeciło - nie wypięłam się, no i gleba - dobrze, że na piasek, więc nic mi się nie stało. Początkowo tak jak wcześniej nad czwórką nie było wcale śniegu. Dopiero w miarę zbliżania się do trójki zaczynała się robić zimowa aura. Przez las kawałek przed trójką jechaliśmy już po śniegu. Miejscami było ślisko. Przedostaliśmy się znów przez tory i już byliśmy przy Pogorii III. Zrobiliśmy krótką przerwę na molo i wróciliśmy z powrotem przez park do auta.
Dzisiejsza wycieczka była bardzo fajna. Rzec by można dosłownie, że zimowo - wiosenna :D Zmienność aury nad dwoma zbiornikami trochę mnie zaskoczyła. Mam nadzieję, że następnym razem uda się objechać pozostałe zbiorniki Pogorii.
Nadszedł czas grudniowych roztopów. Pomimo tego znalazło się poz mną kilka chętnych osób na rowerowy wypad. Zbiórka tradycyjnie pod skansenem. Dojechałam jak zwykle przez Jagiellońską i Aleję Pokoju. Już byłam prawie na miejscu, kilka minut przed czasem. Czekał tylko Robert. Wypięłam się wcześniej, podjeżdżam, chce się zatrzymać i jedna noga wpięła się z powrotem. No i gleba pod samym skansenem. Co za wstyd :D Chwilę później dojechała Kasia, a na końcu Bartek, który strasznie chciał dziś jechać terenem.
Nie do końca przekonaniu o słuszności wyboru terenowej trasy ruszyliśmy w drogę. Najpierw kawałek asfaltem przez Rejtana, a potem wałem nadwarciańskim do DK1. Potem kawałek wzdłuż trasy do rynku na Zawodziu. Następnie obok rynku i potem po mocno oblodzonej drodze znów do DK1. Czułam się jakbym jechała rowerem po lodowisku. Najbardziej przekonała się o tym Kasia, lądując na lodzie. Wyjechaliśmy na skrzyżowaniu DK z Jana Pawła. Byłam święcie przekonana, że pojedziemy prosto koło Tesco i dalej zjedziemy w teren wzdłuż rzeki. Bartek postanowił skręcić od razu w dół do rzeki. Wszystko było tak szybko, że zatrzymując się ie zdążyłam się wypiąć z SPD i upadek na chodnik gotowy. Drugi w dzisiejszym dniu :D Tyle, że ten był trochę mocniejszy. Zebrałam się i ruszyliśmy terenem wzdłuż rzeki zielonym rowerowym. Było strasznie ślisko. Miejscami niezbyt bezpiecznie. Zresztą nie trzeba było długo czekać na kolejny upadek... Przejeżdżałam obok kałuży, koło pojechało mi na bok, nie dałam rady opanować roweru i z całą siłą poleciałam na lód. Ten upadek był niestety dość silny i jego skutki dość bolesne. Ucierpiało moje lewe kolano, cały bok i więzadło. Jakoś się zebrałam do kupy i jeszcze ostrożniej starałam się jechać dalej. Nie było to zbyt łatwe. Po kilku przystankach, Robert zaproponował, żeby koło mostu wyjechać na asfalt. To była chyba najlepsza decyzja dziś.
Wyjechaliśmy na Wyczerpach. Od Wyczerp jechaliśmy już cały czas asfaltem, Warszawską i Batalionów Chłopskich do Jaskrowa. Następnie skręciliśmy w prawo na Mirów. Przez Mirów, koło Przeprośnej Górki, przez Siedlec, Srocko, Brzyszów i Kusięta dotarliśmy do Olsztyna. Udaliśmy się do leśnego by się trochę ogrzać. W barze siedział już Bartek, a po chwili zjawił się jeszcze Wojtek. Posiedzieliśmy chwilę, pogadaliśmy i już wspólnie w powiększonym gronie udaliśmy się w drogę powrotną.
Wybraliśmy trasę przez Skrajnicę. Nie chciałam się z Kasią już bardziej poobijać na terenowym podjeździe, wiec stwierdziłyśmy, że pojedziemy do rynku w Olsztynie, potem kawałek główną drogą i górkę na Skrajnicy pokonany od drugiej strony, asfaltem, a z chłopakami spotkamy się przy kapliczce koło wyjazdu z terenowej drogi. Robert pojechał z nami, a Wojtek z dwoma Bartkami terenem. Praktycznie równocześnie odjechaliśmy do owej kapliczki. Następnie znów wspólnie jechaliśmy asfaltem przez Skrajnicę, a potem rowerostradą do końca. Jazda po rowerostradzie przypominała dziś bardziej jazdę w terenie. Nawet nie było widać sporej różnicy w miejscu, gdzie kończy się asfalt i jest kawałek terenu przed dojazdem do nastawni. Następnie jechaliśmy asfaltem koło Guardiana. Bartek z Wojtkiem postanowili pojechać ścieżką wzdłuż rzeki, a ja z resztą ekipy dalej asfaltem koło Ocynkowni. Na moście nad rzeką ponownie się spotkaliśmy. Podczas chwilowego postoju udało mi się zaliczyć czwartą dziś glebę :( Chciałam podeprzeć się prawą nogą na krawężniku, a zapomniałam, że wypięłam tylko lewą. Bartek o mały włos nie pękł ze śmiechu. Pozbierałam się i ruszyliśmy dalej asfaltem w stronę skansenu. Koło sądu Bartek (Mr.Dry) z Wojtkiem pojechali prosto Rejtana. My we czwórkę pojechaliśmy Aleją Pokoju, gdzie odłączyła się również Kasia. Przy Jagielończykach odłączył się Bartek. na samym końcu Robert. Prosto Jagiellońską i Orkana dotarłam do domu.
Podsumowując dzisiejszą wycieczkę na myśl przychodzą mi jedynie słowa: człowiek stary, a głupi :D No bo kto to słyszał jeździć w terenie po lodzie w trakcie roztopów. Trzeba mieć chyba pod sufitem nie równo :D To przecież logiczne, że można się tylko poobijać. No cóż, wychodzi na to, że wypad na rower bez odrobiny adrenaliny jest wypadem niezaliczonym.
Na rowerze jeżdżę odkąd tylko pamiętam - nauczył mnie tata, gdy nie miałam jeszcze skończonych 3 lat. Najbardziej lubię zwiedzać, w szczególności zamki :)
Technika nie jest moją najlepszą stroną, ale jeżdżę, bo lubię i sprawia mi to przyjemność :) Jazda rowerem jest dla mnie jak narkotyk - silnie uzależnia, a jej brak powoduje dolegliwości abstynencyjne :D
Od 2013 zawodniczka klubu BIKEHEAD MTB TEAM.
Powerade MTB Maraton 2013 - klasyfikacja generalna: miejsce 8 w K2 Mega.
Bike Maraton 2014 - klasyfikacja generalna: miejsce 4 w K2 Mega
PS: Nie obchodzi mnie co o mnie myślicie, czy mnie lubicie czy nienawidzicie, czy jestem zbyt naiwna, czy może dziecinna, ale prawda jest inna - jestem taka jaka według siebie być powinnam.
Oświadczam, że wszelkie obraźliwe, niecenzuralne, wulgarne i bezsensowne komentarze umieszczane na innych portalach, podpisane moim nickiem, albo pisane w taki sposób, by mogły być kojarzone z moją osobą nie są mojego autorstwa. Jest to próba podszywania się pode mnie. Przyjdzie taki czas, że sprawiedliwości stanie się za dość i winny poniesie odpowiednią karę.