Droga do i z pracy, a potem tour de Grabówka

Środa, 4 lipca 2012 · Komentarze(0)
Od samego rana zapowiadał się bardzo upalny dzień. Przed godziną 8 pojechałam do pracy na rowerku. Pogoda jak na rower w sam raz. Trasa standardowa. Po drodze niewiele brakło, a zostałabym rozjechana przez autobus, który stał w zatoczce i nagle bez kierunkowskazu zaczął z niej wyjeżdżać. Kierowca wcale nie popatrzał czy może ruszyć tylko po prostu zaczął wyjeżdżać. Auto, które mijało jednocześnie mnie i autobus zdążyło już spokojnie wjechać na swój pas, ja jednak musiałam odbić ostro na bok, bo zostałabym staranowana przez przód przegubowca. Na szczęście nic się nie stało.

Po pracy postanowiłam odwiedzić koleżankę, która mieszka na Grabówce. Ubrana w cywilne ciuchy (bez kasku, ani okularów, jedynie w rękawiczkach) pojechałam przez rondo Mickiewicza, potem Pułaskiego, Popiełuszki, Jana Pawła II, przez Rynek Wieluński do Św. Rocha. Następnie cały czas prosto, aż do ulicy Ikara. Na miejsce dotarłam cała mokra, nie od deszczu ale od potu. Grzało niemiłosiernie.

W obawie przed burzą postanowiłam po 19tej wracać do domu. Pojechałam przez Ikara, św. Rocha, Rynek Wieluński, Jana Pawła do Popiełuszki. Dalej środkiem III Alei i wąskim chodnikiem przez remontowaną II Aleję. Pierwszy raz od dawno zapomnianych czasów piesi widząc mnie schodzili na bok udostępniając mi miejsce do przejazdu, mimo, że na chodniku to ja powinnam im ustąpić. Dalej pojechałam wzdłuż linii tramwajowej do Bór, a potem przez Bór do Jagiellońskiej i dalej do domu.

Upał straszny. Działa to na mnie bardzo niekorzystnie. Mniej energii i mniej chęci do jazdy. Ale co zrobić, trzeba jakoś przetrwać ten czas. Chyba muszę zacząć jeździć nocą.

Pierwsze lipcowe km - do Pająka nad zalew

Niedziela, 1 lipca 2012 · Komentarze(2)
Od samego rana było w niedzielę strasznie gorąco. Tuż przed godziną 9 rano wsiadłam na rower i pojechałam przez Aleję Pokoju i Dąbie do Roberta, po czym razem udaliśmy się na giełdę. Po szybkich zakupach, podczas których nic nie kupiliśmy wróciliśmy do Roberta i pojechaliśmy potem pod skansen, gdzie umówieni byliśmy z Helenką, Kasią, Krzyśkiem i Roberta kolegą Rafałem na wspólny wypad nad wodę, by się ochłodzić.

Początkowo mieliśmy pojechać do Zawodzia na Samule, gdzie byliśmy z STi ostatnim razem. Tam też pojechał wcześniej Gaweł z żoną i synkiem. Zastanawialiśmy się jeszcze nad zalewem w Pająku, gdzie autem mieli przyjechać moi znajomi. W efekcie po wspólnych konsultacjach pod skansenem zapadła decyzja, żeby tym razem przetestować zalew w Pająku.

Z pod skansenu pojechaliśmy przez Aleję Pokoju, potem Jagiellońską, Sabinowską do Dźbowskiej. Po opuszczeniu miasta jechaliśmy cały czas główną drogą przez Dźbów, Wygodę i Konopiska. W Konopiskach skręciliśmy w lewo i potem jechaliśmy już cały czas prosto, aż dotarliśmy na Pająk. Po drodze dwukrotnie minęli nas moi znajomi, którzy najwidoczniej zatrzymali się w jakimś sklepie.

Nad zalewem pełno ludzi, a samochodów jeszcze więcej. Woda w porównaniu do tej na Zawodziu tragiczna - okropnie brudna, pełno jakiegoś szlamu. Jedyny plus, że była stosunkowo ciepła. Trochę się pomoczyliśmy we wodzie, troszkę poleżeliśmy na słońcu, pogadaliśmy, generalnie było bardzo fajnie. Całkiem przyjemne i mile spędzone niedzielne popołudnie. Tylko kolega Roberta jakiś taki małomówny, pojechał dużo wcześniej i nawet się nie pożegnał.

Czas mijał bardzo szybciutko, więc trzeba było wracać. Pojechaliśmy tą samą trasą, przez Konopiska, Wygodę, Dźbów. Następnie Sabinowską i Jagiellońską. Na skrzyżowaniu za makro Helenka, Kasia i Krzysiek pojechali prosto, bo chcieli jeszcze wstąpić do KFC, a my z Robertem skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy prosto do domów.

Pierwsze lipcowe km zaliczone. Strasznie gorąco, takie upały są dla mnie bardzo męczące. Lipiec z zapowiada się słabym miesiącem - będę mieć sporo mniej czasu na jazdę niż do tej pory. Mam nadzieję, że nie to osłabi to mojej kondycji, na którą do tej pory pracowałam.

Industriada, czyli totalny niewypał

Sobota, 30 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Dziś z powodu okropnej duchoty, która nie najlepiej na mnie wpływa tylko kilka miastowych kilometrów. W cywilnych ciuchach pojechaliśmy z Robertem do centrum miasta skorzystać z możliwości zwiedzenia Częstochowskich Muzeów podczas Święta Szlaku Zabytków Techniki.

Pojechaliśmy od Równoległej (bo tutaj Robert przytransportował mój rower, podczas gdy ja zostawiłam u mechanika samochód) dalej Niepodległości, Sobieskiego, Śląską do III Alei NMP, gdzie mieliśmy okazję obejrzeć zabytkowego Jelcza „ogórka”. Następnie udaliśmy się środkiem Alei do parku Jasnogórskiego zwiedzić Muzeum Górnictwa Rud Żelaza i zobaczyć kopalnianą wąskotorówkę marki SKODA – mam wielki sentyment do tej marki i jest mi z tym dobrze :D

Potem znów przez III Aleję dojechaliśmy do Placu Biegańskiego, z powodu remontu II Alei jechaliśmy kawałek bardzo nierównym chodnikiem do ulicy Piłsudskiego, potem Katedralną do Ogrodowej i dojechaliśmy do Muzeum Produkcji Zapałek. Tutaj udało nam się zobaczyć wszystko co można było. Po zwiedzeniu zapałczarni udaliśmy się jeszcze przez kładkę nad torami, potem przez rondo Mickiewicza do Pułaskiego na dworzec PKP Stradom.

Udało nam się tylko zwiedzić Muzeum Historii Kolei i zobaczyć zminiaturyzowaną makietę. Przejazd drezyną był już dla nas niedostępny, bo było za późno, mimo, ze wg programu była jeszcze godzina czasu do końca imprezy. Pojazdów zabytkowych z Częstochowskiego Ruchu Klasyków również już nie było na parkingu. Był zaledwie jeden maluszek, ale właściciela nie udało się zlokalizować.

Trochę zniesmaczeni uznaliśmy, że przejedziemy się jeszcze kawałek zobaczyć co dzieje się na placu Biegańskiego, bo miała być wystawa wynalazków kadry naukowej Politechniki Częstochowskiej. Pojechaliśmy przez Pułaskiego i trzeci raz w tym dniu przez III Aleję. Niestety, nic już się nie działo, bo było za późno. No cóż… Nie pozostało nam już nic innego niż wracać do domów. Pojechaliśmy od placu przez ulice Nowowiejskiego, Korczaka, Monte Cassino i Jagiellońską.

Podsumowując, pierwszy raz uczestniczyłam w Industriadzie i jeśli wziąć pod uwagę organizację i dostępne informacje o sposobie i godzinach zwiedzania poszczególnych obiektów jestem rozczarowana tym, jak to wszystko było rozwiązane. Nie udało się zrealizować zamierzonego planu i zobaczyć wszystkiego co chciałam, gdyż godziny zwiedzania wg programu Industriady sporo różniły się od rzeczywistych godzin w jakich można było to wszystko zobaczyć. Zresztą nie tylko ja dostrzegłam braki organizacyjne. Cóż, może za rok będzie to lepiej rozwiązane.

Zabytkowy autobus Jelcz "ogórek" © EdytKa


Kopalniana wąskotorówka Skoda © EdytKa


W Muzeum Górnictwa Rud Żelaza © EdytKa


W Muzeum Produkcji Zapałek © EdytKa


W Muzeum Hstroii Kolei © EdytKa


Przed dworcem Stradom © EdytKa


Industriada 2012 - przed dworcem PKP Stradom © EdytKa

Droga do i z pracy, a potem 76 Częstochowska Masa Krytyczna

Piątek, 29 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Na początek dnia rano do pracy, pierwszy raz w tym tygodniu na dwóch kółkach.. Trasa standardowa jak zawsze, by dotrzeć jak najszybciej. Po pracy szybko do domku na obiad tą samą drogą. Po południu razem z Robertem (ponownie przejeżdżając obok pracy) po rikszę do jurczyka.

Rikszą na plac Biegańskiego, by poprowadzić 76 Częstochowską Masę Krytyczną. Trasa masowego przejazdu tym razem zmieniona ze względu na remont skrzyżowania Alei NMP z ulicami Wolności i Kościuszki. Przejazd odbył się następującymi ulicami: start z placu Biegańskiego, dalej Nowowiejskiego, Sobieskiego, Pułaskiego, 1-go Maja, rondo Mickiewicza, Wolności, Waszyngtona, Śląska, Kilińskiego, Jasnogórska, Dąbrowskiego, powrót na plac Biegańskiego. W czerwcowej Masie uczestniczyło w sumie 170 rowerzystów i rowerzystek. Gratulacje dla pewnego rowerzysty, który jadąc ze słuchawkami na uszach nie zauważył masowego przejazdu i wjechał prosto pod koła rikszy. Po zakończeniu masy znów do Jurczyka odstawić rikszę i odebrać swój rower. Kilometry pokonane rikszą nie zostały zarejestrowane.

Po odstawieniu rikszy u jurczyka, już na swoim rowerze razem z Robertem pojechaliśmy do Simply, by pomóc Helence i Krzyśkowi w organizacji szykowanej przez nas niespodzianki dla solenizantów. Następnie wspólnie pojechaliśmy na Raków do Andrzeja na pomasową urodzinowo – imieninową imprezę. Jak zawsze duża dawka śmiechu i dobrego humoru.
Po imprezie do domu najkrótszą drogą.

Na rikszy podczas 76 Częstochowskiej Masy Krytycznej © EdytKa


Drugi raz w życiu na rikszy - 76 Masa © EdytKa

Popołudniowy wypad do Olsztyna

Czwartek, 28 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Nie jeździłam na rowerze w zasadzie od niedzieli (pomijając jakieś około 4km przejechane we wtorek do sklepu). Cały roboczy tydzień z powodu przeziębienia dojeżdżałam do pracy samochodem. Postanowiłam skorzystać z czwartkowego popołudnia i wybrać się na przejażdżkę, bo już nie mogłam wytrzymać bez roweru. Razem ze mną pojechali Robert i Zbyszek.

Do skansenu dojechałam razem z Robertem i tam spotkaliśmy się ze Zbyszkiem. We trójkę ruszyliśmy w stronę huty. Na rondzie skręciliśmy w lewo i po kilku metrach skręciliśmy w prawo w stronę cmentarza żydowskiego. Przejechaliśmy przez cmentarz i dalej pojechaliśmy kawałek ścieżką na Legionów. Zjechaliśmy w teren i pojechaliśmy przez Ossona do czerwonego rowerowego. Czerwonym do Kusiąt, potem kawałek asfaltem. Za strażą skręciliśmy w prawo i jechaliśmy terenem w pobliżu Towarnych. Następnie asfaltem udaliśmy się do baru leśnego na izotonik.

W leśnym dziś bardzo mało rowerzystów, poza nami było tylko troje. Po chwili dojechał czwarty, ale tamci odjechali i dosiadł się do nas - o ile dobrze pamiętam to Jacek. Chwilę pogadaliśmy, ale trzeba było zbierać się z powrotem do domów.

Pojechaliśmy najpierw asfaltem w stronę Biskupic, a potem skręciliśmy w teren na pomarańczowy rowerowy. W Dębowcu pomarańczowy szlak złączył się z niebieskim. Przy krzyżówce z asfaltówką, gdzie niebieski szlak odbija w prawo, pojechaliśmy prosto terenem pomarańczowym. Przed zalewem musieliśmy przenieść rowery przez tory. Pojechaliśmy dalej pomarańczowym po piachu obok zalewów, potem kawałek ścieżką w lesie, asfaltem przez Zawodzie, kawałek terenem obok nowo budowanego mostu i dojechaliśmy do asfaltu w Korwinowie. Asfaltem dojechaliśmy do Słowika, gdzie zboczyliśmy z pomarańczowego szlaku. Pojechaliśmy przez Wrzosową obok stacji transformatorowej, potem koło kamienic i dalej chodnikiem wzdłuż DK1. Przy zjeździe na raków Zbyszek pojechał prosto a my z Robertem w lewo pod trasą do Jesiennej.

Bardzo miłe popołudnie. Tego było mi trzeba. Już mnie nosiło bez roweru. Mimo, że byłam trochę osłabiona to chyba dobrze ta wycieczka na mnie wpłynęła. Tylko teraz ciągle zadaję sobie pytanie - Czy to jeszcze pasja, czy już uzależnienie od dwóch kółek?

Nad zalew dla ochłody - Olsztyn, Zawodzie, Poraj

Niedziela, 24 czerwca 2012 · Komentarze(6)
Po ostatnich upałach i weekendowym imprezowaniu uznaliśmy z Robertem, że w niedzielę pojedziemy sobie spokojnie gdzieś nad wodę by się ochłodzić i odpocząć. Chcieliśmy jednak udać się w jakieś spokojniejsze miejsce, gdzie nie będzie roiło się od stada ludzi. Wybór padł więc na zalew w Zawodziu. Pojechaliśmy objazdem, żeby wyszło troszkę więcej km niż nad sam zalew.

Pojechaliśmy Jagiellońską do Alejki Pokoju, obok skansenu, potem asfaltem w stronę huty, ścieżką wzdłuż rzeki i znów asfaltem koło Guardiana w stronę Kusiąt. Na skrzyżowaniu skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy w stronę osiedla znanego jako osiedle „pod wilczą górą”. Przy osiedlu skręciliśmy w lewo w stronę zabudowań i kawałek jechaliśmy drogą z płytek chodnikowych. Po krótkim odcinku odbiliśmy w prawo w teren. Jechaliśmy dłuższy kawałek przez las, aż wyjechaliśmy na asfalt w pobliżu Gór Towarnych. Strasznie sucho. Miejscami prawie jak w piaskownicy. Asfaltem udaliśmy się najpierw do Olsztyna na lody, a potem do baru leśnego chwilę odpocząć. Dziś w barze sami szosowcy. Była ich masa. Posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy dalej.

Pojechaliśmy kawałek asfaltem w stronę Biskupic, a potem skręciliśmy w prawo w teren na pomarańczowy rowerowy. W Dębowcu za leśniczówką pomarańczowy szlak biegł razem z niebieskim. Przy krzyżówce z asfaltową drogą, którą najczęściej jeździmy do Poraja niebieski szlak odbił w prawo, my pojechaliśmy dalej prosto pomarańczowym, aż dotarliśmy nad zalew w Zawodziu. Dziś nawet w miejscach gdzie z reguły stoją kałuże było strasznie sucho. Nie wiem tylko dlaczego, przed samym zalewem jadąc szlakiem trzeba przenosić rowery przez tory kolejowe, bo nie ma niestety żadnego przejazdu.

Nad zalewem ludzi niewiele, może dlatego, że i zalew niewielki. Woda straszliwie zimna, trzęsłam się jak galareta. Dwa razy weszliśmy troszkę popływać, a więcej czasu spędziliśmy wylegując się na kocu. Słońce zbyt łaskawe nie było, często chowało się pod chmurami. Mimo wszystko chwila relaksu była potrzebna. Było jeszcze wcześnie więc zdecydowaliśmy się wrócić do domu również niewielkim objazdem.

Okrążyliśmy zalew dookoła ścieżką przez las, potem terenem jechaliśmy obok starej odlewni. Dojechaliśmy do głównej drogi w Osinach. Główną drogą dojechaliśmy nad zalew w Poraju. Otrąbił nas przy okazji jeden niecierpliwy kierowca, bo jechaliśmy blisko siebie, a następnie wyprzedził nas. Dobrze, że zwolniliśmy, bo przyhamował prosto przed nami. Nie wiem skąd się biorą tacy ludzie ;/ Robert koło zalewu dogonił delikwenta i odbył krótką rozmowę. Ludzi plaga, jakby coś za darmo rozdawali. Samochodów jeszcze więcej.

Dalej pojechaliśmy wałem przy zalewie w stronę ośrodka w Jastrzębiu. Następnie jechaliśmy już cały czas asfaltem przez Jastrząb, Kamienicę Polską, Wanaty, Kolonię Poczesna na drugą stronę DK1. Dalej przez Bargły, Michałów, Nieradę, Mazury (tym razem dobrze skręciliśmy), Młynek, Sobuczynę, Brzeziny Nowe, Brzeziny Kolonia do Częstochowy. W Częstochowie przez Żyzną, Poselską, Wypalanki do domu. Na ulicy Żyznej niedaleko tartaku spotkaliśmy dwójkę ludzi prowadzących rowery, jeden z nich miał kapcia. Robek zaproponował pomoc, ale odmówili. Może wolą iść niż jechać.

Podsumowując – całkiem ciekawa wycieczka. Wylegiwanie się na kocu połączone z chwilką pływania (oczywiście tym razem wcześniej zaplanowanego) i jazdą rowerkiem. Przyjemne z pożytecznym. Tylko sama nie wiem co w tym wypadku było bardziej przyjemne, a co można uznać za bardziej pożyteczne :D

Ach ten wiatr we włosach :D © EdytKa


Ochłoda po ostatnich upałach © EdytKa


Niedaleko odlewni w Zawodziu © EdytKa

W poszukiwaniu grzybów

Sobota, 23 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Ostatnio było dość ciepło, trochę też popadało, więc uznaliśmy z Robertem, że przejedziemy się do lasu sprawdzić, czy nie ma już może grzybów - tym bardziej, że widać już w okolicach lasów ludzi z grzybami. Chciałam pojechać w inną stronę niż jak to jest najczęściej w okolice Olsztyna i zdecydowałam, że pojedziemy dobrze znaną mi trasą, którą dawniej jeździłam wspólnie z rodzicami.

Ruszyliśmy ode mnie z domu, przez Grzybowską, Wypalanki, Poselską do Żyznej. Po opuszczeniu Częstochowy jechaliśmy dalej asfaltem przez Brzeziny Kolonię, Brzeziny Nowe do Sobuczyny. Tutaj w kilku miejscach zboczyliśmy do lasu poszukać grzybów. Udało nam się znaleźć wspólnie 4 kanie, z czego Robek znalazł jedną dużą, ja trzy mniejsze. W lesie sucho jak na pustyni, do tego czuliśmy się prawie jak w jakiejś wylęgarni komarów. Nawet na sekundę nie można było stanąć w bezruchu.

Szybko podjęliśmy decyzję o powrocie. Chciałam jeszcze trochę pokręcić, ale Robert już wolał wracać. Pojechaliśmy najkrócej jak się dało, taką samą trasą. Na osiedlu udaliśmy się jeszcze do sklepu po mleko, żeby było w czym wymoczyć kanie i potem prosto do domu. Kilometrów nie wyszło dzisiaj zbyt wiele, ale lepsze coś niż nic :)

Droga do i z pracy, a potem do Towarnych na ognisko

Piątek, 22 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Na początek dnia rano do pracy. Trasa standardowa. Pomału zaczyna mi się nudzić. Muszę chyba pomyśleć nad jakąś alternatywą lub jakimiś objazdami dla urozmaicenia codzienności. Po pracy do domu tą samą drogą, ale skróciłam sobie troszkę trasę jadąc od Bór przez lasek wzdłuż torów.
Po południu z obładowanym bagażnikiem pod skansen, by udać się z ekipą z CFR na ognisko w Górach Towarnych, aby uczcić Noc Kupały.

Myślałam, że nie zdążę na 18:00 pod skansen na godzinę spotkania, jednak w ostatniej chwili udało się. We czwórkę - darsji, Kulisty, poisonek i ja ruszyliśmy w stronę huty, potem ścieżką wzdłuż rzeki i w stronę Guardiana. Po drodze spotkaliśmy mario66, który pierwszy raz od ostatniego wypadku wyszedł pokręcić. Kawałek przed nastawnią zleciało mi wszystko co miałam na bagażniku – karimata i siatka – widocznie za słabo to przymocowałam. Ponowny montaż i ruszyliśmy dalej w stronę Kusiąt. Dogonili nas przy okazji Gaweł, Piksel i Przemo2. Na podjeździe pod górkę zostałam sporo w tyle, ciężko mi się dziś wjeżdżało. Zatrzymaliśmy się wszyscy na chwilę w sklepie. Od tego miejsca nie wiem już którędy pojechali pozostali, bo się rozłączyliśmy. Ja pojechałam dalej asfaltem i zjechałam w prawo dopiero na końcu Kusiąt. Terenem przez polanę między wzgórzami i ścieżką między drzewami dojechałam pod jaskinię, gdzie czekali już na mnie pozostali.

Na chwilę przyjechała do nas anwi. Chłopaki zbierali drzewo i chrust na opał, potem rąbali drwa, by było co dorzucić do ognia. Ja wystrugałam kilka kijków na kiełbaski. Największy kawał drzewa przyniósł Przemo. Stopniowo zjeżdżała się reszta ekipy, na początek Helenka z Krzyśkiem, Prophet, potem Abovo, Ruda i Zbyszek, w dalszej kolejności magnum, blabla, piter, pietro78 i kobe24la. Przy ognisku jak zawsze spora dawka śmiechu i dobrego humoru. Szkoda, że nie było markona i gitary. Czekaliśmy jeszcze na Roberta, który dojechał dopiero około 23 tuż po pracy. Chciałyśmy z dziewczynami by wszyscy byli, bo Abovo wymyśliła dla chłopaków niespodziankę z okazji Nocy Kupały. Przebrałyśmy się we czwórkę za rusałki, wykorzystując do tego nawet prześcieradło i kawałek firanki :D Agnieszka przywiozła dla nas wianki na głowy. Zaskoczenie płci męskiej bezcenne. Agnieszko świetny pomysł :) Niestety Gaweł, Piksel i Przemo odjechali zanim zdążyłyśmy się przebrać.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę przy ognisku i trzeba było pomału wracać do domów. Z Gór Towarnych zjechaliśmy terenem do asfaltu. Pierwszy raz (przynajmniej z tych ognisk, na których ja byłam) jechaliśmy z powrotem całą ekipą. Pojechaliśmy przez Kusięta, koło nastawni, obok Guardiana i w stronę skansenu. potem Alejką Pokoju do Jagiellońskiej. Po drodze stopniowo ekipa malała, gdyż każdy rozjeżdżał się w swoją stronę. Robert odwiózł mnie jeszcze przez osiedle pod dom, po czym samotnie wrócił do swojego domu.

Trzeba sobie wystrugać kijek na kiełbaskę :) © EdytKa


Przy ognisku © EdytKa


hej sobótko, sobóteczko... © EdytKa


Rusałki - czcimy Noc Kupały © EdytKa

Droga do i z pracy

Środa, 20 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Dziś tylko do pracy rano, razem z Robertem. Standardowa trasa. Po pracy do domu samemu tą samą drogą. To by było tyle na dziś. Miałam w planie pod wieczór wyjść na rower z Pikselem i Winim, ale z jednej strony wizja pogodowa troszkę mnie odstraszyła, a z drugiej wypadło mi w planie coś innego. W sumie to dalej czuję się jakaś osłabiona. Te upały źle na mnie działają.

Bez celu i bez energii :(

Wtorek, 19 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Do pracy pojechałam dziś autem, więc postanowiłam pod wieczór troszkę pokręcić. Niestety jak na złość od samego początku wszystko było dziś przeciw mnie. Ledwo wyszłam z domu, okazało się, że zapomniałam rękawiczek, ale to nic, wróciłam się, założyłam i w drogę.

Przejechałam może ze 100 metrów i na pierwszym zakręcie lampka wypadła mi z zaczepu. Niewiele brakło i skończyła by żywot pod kołami samochodu. Podniosłam ją, zamontowałam i jadę. Ujechałam 2 metry... i zerwała mi się gumka od magnesu, więc licznik nie liczył mi odległości, a magnes prawie wkręcił się w szprychy. Co za pech... Znów powrót do domu. Szybki montaż nowej gumki i w drogę, choć już byłam trochę zniechęcona.

Zaczynało wiać coraz mocniej, jakby zbierało się na jakiś deszcz, ale jak już pokonałam techniczne przeciwności uznałam, że jadę dalej. Jakoś tak kompletnie bez celu pojechałam w stronę skansenu, potem w stronę huty i zjechałam na ścieżkę wzdłuż rzeki. Dojechałam raptem koło Guardiana i zadzwonił telefon - "za ile możesz być z powrotem?" No więc z powrotem do domu. Trasa taka sama. Nic szczególnego.

Osłabienie po weekendzie jeszcze nie minęło. Nie wiem dlaczego, ale bardzo długo trwa u mnie regeneracja organizmu. Pozostaje mieć nadzieję, że jutro będzie już lepiej...