Do pracy i z powrotem

Poniedziałek, 20 maja 2013 · Komentarze(0)
Na dobry początek tygodnia rowerem do pracy. Po pracy do przychodni na Orkana i potem do domu. Po wczorajszym maratonie jakoś ciężko się jechało. Znów wietrzny dzień.

Powerade MTB Marathon - Złoty Stok

Niedziela, 19 maja 2013 · Komentarze(11)
Uczestnicy
Nadszedł ten dzień... Mój debiut w maratonach rowerowych. Na pierwszy ogień Złoty Stok, którego trasa podobno nie należy do najłatwiejszych. Stres nie chciał odpuścić, jeszcze w sektorze startowym biłam się z myślami czy to była dobra decyzja i czy nie lepiej byłoby się wycofać. Jako świeżak oczywiście start z ostatniego sektora, z którego zresztą startował dziś cały team, bo nikogo nie było na poprzednim maratonie w Murowanej Goślinie.

3... 2... 1... i start... Na sam początek jakieś 6,5 km podjazdu górską szutrówką. Po kilkuset metrach od startu robi się lekki korek, wszyscy stoją. Jakaś dziewczyna trąca mnie kierownicą i przechylam się na prawo na krzaki. Zbieram się i ruszam, tłok już się rozluźnił, więc można jechać. Spokojnym tempem pokonuję cały podjazd, mijając po drodze kilka osób. Po podjeździe króciutki zjazd mający około pół km i potem jeszcze końcówka podjazdu pod Jawornik Wielki, około 1 km. Zaraz na początku, gdy zmieniam przełożenie z tyłu, łańcuch spada mi między kasetę, a szprychy, a ja mało co nie zaliczam gleby. Wyciągam zakleszczony łańcuch i zabieram się po podjazdu. Na samym końcu nachylenie około 16%. Podjechałam całość. Następnie jakieś 3 km zjazdu w kierunku Orłowca. W jednym miejscu na dość dużych kamieniach podpieram się trochę nogą. Na samym dole w pobliżu 12 km trasy bufet, zatrzymuję się tylko na minutę, biorę kubek z napojem, kawałek banana i jadę dalej.

Zaczyna się kolejny podjazd w kierunku Krowiej Góry, mający około 6 km. Na początku szuter, potem już bardziej terenowo. Podjazd pokonuję w całości. Następnie około 2 km szybkiego zjazdu szutrówką, znów pół kilometra podjazdu i pół kilometra zjazdu do Lutyni. Na dole w okolicach 20 km kolejny bufet. Staję dosłownie na minutę, wypijam kubek napoju, zabieram ciasteczko i ruszam.

Kolejny podjazd - około 2 km. Tym razem wjeżdżamy na najwyższy punkt całego maratonu- Borówkową Górę - 900 m n.p.m. Końcówka podjazdu okazuję się dla mnie trochę trudna, więc w paru miejscach schodzę z roweru z obawy przed upadkiem i prowadzę rower. Na około 23 km, na szczycie Borówkowej mijam wieżę i rozpoczyna się najtrudniejszy zjazd dzisiejszego maratonu. Około 3,5 km zjazdu po dość dużych kamieniach. Po takich telewizorach jeszcze nie jeździłam, więc niektóre miejsca okazały się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem, i miejscami musiałam zejść z roweru i kawałek przejść piechotą. Zaraz po zjeździe 3 bufet, który tylko mijam, wyrzucając śmieci z kieszeni. Przede mną najtrudniejszy dziś podjazd. Około 2,5 km. W kilku miejscach nachylenie w granicach 18%. Miejscami luźne kamienie utrudniają mi jazdę, a brak wystarczającej techniki i odwagi zmusza do zejścia z roweru i pokonania podjazdu na piechotę wpychając rower pod górę. Na szczycie ulga - pozostało mi tylko około 8 km zjazdu do mety :) Najtrudniejsze za mną. Zjazd generalnie całkiem przyjemny, tyko w jednym miejscu dość stromy. Końcówka to już szybko szutrówką na dół. Jeszcze przejazd przez kamieniołom i już prosto do mety :) Na mecie radość nie z tej ziemi :) Przywitał mnie mój narzeczony :*

Podsumowując - swój pierwszy maraton ukończyłam na szczęście bez uszkodzeń ciała i sprzętu :) Na pamiątkę została mi tylko rowerowa opalenizna, bo górskie błoto (którego zresztą wcale dziś nie brakowało) z roweru i z siebie zmyłam. Wynik - miejsce 14 z 17 w K2 Mega i 337 z 395 w Open osób, licząc osoby, które dotarły do mety. Z całego teamu byłam ostatnia. Pewnie wiele osób powie, że wynik marny, ale ja i tak jestem z siebie dumna. Moim dzisiejszym celem było dotrzeć cało do mety, a to udało się osiągnąć :) Trudne techniczne odcinki trasy uświadomiły mi, jak wiele wiedzy dotyczącej techniki muszę jeszcze zdobyć, i że przede wszystkim muszę przełamać swój strach, który w niektórych momentach niestety mnie hamował.

Chwilę przed startem © EdytKa


Gdzieś na trasie - fot. by Elżbieta Cirocka © EdytKa


Na trasie - fot. by Kochel Michał © EdytKa


Na finiszu - fot. by BolekO © EdytKa


Już po maratonie :) © EdytKa


Jeszcze kilka zdjęć:
Koleiny
Gdzieś w lesie
Na zjeździe

Pogoria III, IV, III

Sobota, 18 maja 2013 · Komentarze(0)
Uczestnicy
Dzisiaj krótka wycieczka tempem rekreacyjnym po płaskiej nawierzchni, by nie zmęczyć się przed jutrzejszym debiutem na maratonie w Złotym Stoku. Wybór padł na Pogorię.

Na początek kawałek po asfalcie, potem przez park na Pogorię III. Kawałek ścieżką rowerową, a potem przez tory i terenem do Pogorii IV. Objeżdżamy zalew dookoła od lewej strony. Najpierw kilka km asfaltem, gdzie dogania nas Alka znajomy ze spinningu i dalej jedzie kawałek z nami. Asfalt się kończy i potem jedziemy terenem już po drugiej stronie zalewu. Zatrzymujemy się na kilka fotek, a Alka znajomy jedzie dalej. Dojeżdżamy znów do asfaltu i tym sposobem objechaliśmy czwóreczkę dookoła. Znów kawałek terenem i przez tory do trójki. Tym razem skręcamy w lewo i objeżdżamy ścieżką rowerową Pogorię III od drugiej strony niż zwykle. Wjeżdżamy na szutrówkę, a potem wąską ścieżką dojeżdżamy do brzegu zalewu. Tam chwila przerwy i powrót na szutrówkę. Przez park do asfaltu. Potem na myjkę i do domu.

Pomimo mocnego wiatru jechało mi się dziś lekko i przyjemnie. Fajnie czasem jest przejechać się nieco spokojniejszym tempem, bez pośpiechu. Stres przed pierwszym maratonem w życiu chociaż na chwilę przeminął :)

Pogoria III - z żaglówkami w tle © EdytKa


Pogoria IV © EdytKa


Alek nad Pogorią IV © EdytKa


Zalew Kuźnica Warężyńska - Pogoria IV © EdytKa


Nad Pogorią IV © EdytKa

Do pracy i z powrotem

Piątek, 17 maja 2013 · Komentarze(0)
Codzienny dojazd do pracy. Bardzo ciepły poranek. Podczas powrotu delikatny deszczyk na ochłodę. Koło Bór zostałam prawie potrącona przez jakieś kombi, które wyjeżdżało tyłem z serwisu tłumików. Najwyraźniej kierowca nie zauważył, że jadę ulicą. W ostatniej chwili udało mi się odbić na bok. Dobrze, że nic za mną nie jechało.

Ossona, Zielona Góra

Czwartek, 16 maja 2013 · Komentarze(2)
Miał być wypad z Darią i Kasią, ale niestety z pewnych przyczyn trzeba było go przełożyć na inny termin. Około 18 wybrałam się sama na rower, z nadzieją, że uda mi się rozładować nadmiar stresu, który dziś się nagromadził.

Pojechałam najpierw przez osiedle, potem Aleją Pokoju i asfaltem przez Kucelin. Dalej przez cmentarz żydowski i asfaltem przez Legionów. Następnie w lewo i w teren. Podczas podjazdu na Ossona zaatakowały mnie jakieś kujące krzaki rosnące na boku dróżki. W efekcie podrapałam sobie lewą rękę i trochę nogę. Na samym końcu zjazdu walka z koleinami, które ostatnio pojawiają się na ścieżkach jak grzyby po deszczu. Następnie czerwonym rowerowym udałam się w stronę Kusiąt. Skręciłam w prawo i skierowałam się czerwonym pieszym na Zieloną Górę. Podjazd niestety mnie pokonał i dostałam od Rockiego rogiem w żebro. Ja nie wiem czemu, ale zawsze jak mam kilka opcji do wyboru, to wybiorę najtrudniejszy wariant i wpakuję się na jakieś kamienie, albo gałęzie. Na szczęście zjazd poszedł gładko. Dalej postanowiłam pojechać ścieżką dydaktyczną do jeziora w Kusiętach. Początek ścieżki piaszczysty, a potem się zaczęło... Błoto, koleiny, rower cały się pobrudził. Na szczęście udało się przejechać bez kąpieli w błocie. Dojechałam do asfaltu między domami.

Przed wyjazdem na główniejszą drogę zatrzymałam się na chwilę, żeby chociaż trochę błota z Rockiego zrzucić. No i znów pech... Już miałam ruszać dalej, gdy zauważyłam, że gdzieś zgubiłam licznik... No i zeszło z 20 minut na nerwowym przeszukiwaniu trawy koło drogi :( W końcu znalazłam. Miałam jechać na Towarne, ale byłam już taka zła, że skierowałam się asfaltem na Odrzykoń. Kolo nastawni w lewo i kawałek terenem do torów. Następnie na drugą stronę i przez lasek do Bugaja. Kawałek asfaltem i w prawo na ścieżkę wzdłuż rzeki. Po drodze zerwałam trochę bzu do wazonu. Dojechałam na Kucelin i skręciłam w lewo w stronę sądu. Następnie przez Aleję Pokoju i Jagiellońską dotarłam do domu.

Miałam rozładować nadmiar stresu, a w efekcie jeszcze bardziej się we mnie zagotowało. Cóż za pechowy dzień. Jadąc cały czas zastanawiałam się co jeszcze dziś się wydarzy. Chyba jedynym plusem był ten bez rosnący przy ścieżce. Teraz mam przynajmniej wiosenne zapachy w domu :)

Do pracy i z powrotem

Czwartek, 16 maja 2013 · Komentarze(0)
Z rana standardowy dojazd do pracy. Po południu z powrotem do domu. Bardzo ciepły dzień, tylko momentami mocno wiało. Jechałam sobie dość spokojnym tempem, bez pośpiechu.

Do pracy i z powrotem

Środa, 15 maja 2013 · Komentarze(0)
Codzienność. Dojazd do pracy i z powrotem. Nic szczególnego i nic poza tym. Albo zimówka jeździ coraz to gorzej, albo ja mam kryzys formy. Już nawet wiadukt na Niepodległości coraz bardziej mnie męczy.

Ossona

Wtorek, 14 maja 2013 · Komentarze(3)
Planów na popołudnie nie było, a pogoda była ładna, więc postanowiłam chociaż na godzinę wyjść wieczorem na rower. Jedyne co mi przyszło do głowy to udać się na Ossona i wrócić.

Najpierw przez osiedle, potem Aleją Pokoju i asfaltem przez Kucelin. Potem przez cmentarz żydowski i asfaltem przez Legionów. Następnie w lewo i w teren. Podjazd na Ossona i zjazd, a potem w drugą stronę, efektem czego znów wylądowałam na Legionów. Skręciłam w lewo i znów asfaltem. na końcu Legionów wjazd w teren i koło kamieniołomu. Podjazd znów mnie pokonał. Wyjechałam koło Coopera i z powrotem już cały czas asfaltem przez Legionów, Odlewników i Kucelin do Alei Pokoju. Koło dawnego sądu urwałam trochę bzu i udałam się prosto do domu.

Zmęczenie po dwóch dniach jazdy dało dziś o sobie znać. Chyba trzeba trochę odpocząć przed następnym wyjściem na rower i nabrać sił. Nie ma się co przeciążać bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Do pracy i z powrotem

Wtorek, 14 maja 2013 · Komentarze(0)
Codzienny dojazd do pracy. Trasa standardowa. Po dwóch dniach dłuższej jazdy jakoś ciężko się dziś jechało. Może to dlatego, że akurat do pracy, a może to lekkie przemęczenie.

Cisie, Boronów

Poniedziałek, 13 maja 2013 · Komentarze(2)
Uczestnicy
Jechać czy nie jechać? To pytanie nurtowało mnie dziś od rana. Pogoda na początku dnia najlepsza nie była, a i sił jakoś mało po wczorajszej jeździe. Jednak wszystkie znaki na niebie przekonywały, by jechać. Umówiłam się z Darią na wieczorną przejażdżkę, która wg planu miała mieć około 35 km :D

Najpierw samotnie na koniec Jagiellońskiej na miejsce spotkania koło straży pożarnej. Potem razem z Darią asfaltem przez Chopina i Piastowską do Głównej. Przed torami w lewo i szutrówką wzdłuż torów do Gnaszyna. Na drugą stronę ulicy i kawałek szutrówkami do Tatrzańskiej. Dalej już cały czas asfaltem przez Wielki Bór, Starą Gorzelnię, Kolonię Łojki, Konradów, Blachownię, Cisie, gdzie chwila postoju przy pomniku poległych podczas II wojny światowej i dalej przez Puszczew, Herby, Kalinę, Olszynę i Zumpy do Boronowa. Chwila przerwy przy zagrodzie dzików i już w drogę powrotną. Dalej asfaltem przez Dębową Górę, Leśniaki, Korzonków, Konopiska, Wygodę i Dźbów. Przy Sabinowskiej żegnam się z Darią i samotnie przez Wypalanki kieruję się do domu.

No to zaszalałyśmy :D 35 km było, ale zaledwie do Herb :D A przecież jeszcze trzeba było wrócić, więc dystans wyszedł całkiem fajny jak na wieczorny wypad :) No i wczorajsze zmęczenie jakoś szybko minęło, bo wcale wolno nie jechałyśmy, a górek również nie brakło :D Bardzo fajna wycieczka w świetnym towarzystwie. Czego więcej chcieć :D

Pomnik w Cisiach © EdytKa


Dziki w zagrodzie w Boronowie © EdytKa


Chwila przerwy w Konopiskach © EdytKa