Dziś z samego rana do pracy. Trasa jak zawsze. Termometr jak wyjeżdżałam z domu pokazywał 1,5 stopnia na plusie, jednak mimo postanowiłam założyć czapkę i grubsze rękawiczki. Na szczęście dzięki temu nie zmarzłam tak jak wczoraj. W biurze wszyscy patrzeli na mnie jak na jakiegoś kosmitę :D Po pracy do domu, taką samą trasą. Po południu już było cieplej, więc trochę się zgrzałam podczas jazdy.
Ostatnie dwa dni były dość ciężkie. Nie miałam ani siły, ani ochoty by wsiąść na rower. Dziś czułam się już dużo lepiej, więc postanowiłam wykorzystać wolne popołudnie na jakąś przejażdżkę. Umówiłyśmy się z Kasią, że tym razem spotkamy się chwilę wcześniej pod skansenem i ruszymy na Mstów. Dałam znać jeszcze kilku osobom, ale tym razem nikomu więcej nie pasowało, więc wszystko wskazywało, że dziś będzie babska wycieczka.
Pod skansen jechałam taką samą drogą co zawsze. Przez osiedle, Jagiellońską i Aleję Pokoju. Na pasach przy DK1, na nitce warszawskiej przeżyłam drobny stres. Miałam zielone światło, jechałam przejazdem dla rowerzystów, przejechałam jedne światła, drugie, a na trzecich w ostatniej chwili wyhamowałam, stawiając rower bokiem, by nie w jechać w jadącego opla, którego kierująca Pani około lat 50-ciu w ogóle nie zwróciła uwagi, że przed sobą ma przejście dla pieszych i przejazd dla rowerzystów. Widocznie zainteresowana była tylko tym, że zaraz skręcać będzie w prawo. Nawet nie zwróciła uwagi, że ledwo wyhamowałam, by nie wbić się w jej autko. Dopiero jak stanęła tuż przed skrętem, zauważyła jak ja zajechałam jej drogę, by się jej dokładnie przyjrzeć. Zero wyobraźni... Ludzie na ulicy oczywiście dziwnie patrzeli na mnie, a nie na tę Panią, no bo przecież to rowerzysta powinien na każdych światłach się zatrzymać, nawet jak ma zielone światło... Powyzywałam trochę i pojechałam dalej. Na Alei Pokoju minęłam się z Pikselem, który chyba wracał do domu. Kasia już czekała pod skansenem.
Na miejscu spotkania zmieniłyśmy plan wycieczki, gdyż Kasia zaproponowała, by przejechać się niebieskim rowerowym do Poraja i przetestować nową nawierzchnię na szlaku. Pojechałyśmy więc najpierw asfaltem w stronę huty, a potem ścieżką wzdłuż rzeki, aż do samego Bugaja. Kawałek asfaltem przez Bugaj i potem terenem niebieskim rowerowym (przez pewien odcinek połączonym razem z pomarańczowym rowerowym i zielonym pieszym). W terenie pełno błota, jazda przypominała slalom między kałużami, a obydwie byłyśmy calutenkie zachlapane błotem. Zachciało nam się terenu po deszczu :D Niecierpliwie oczekiwałyśmy, aż dotrzemy do nowej szutrówki na niebieskim szlaku i wreszcie dotarłyśmy. Nowym szlakiem jedzie się znakomicie :) Cały szlak mógłby tak wyglądać :) Niebieskim dojechałyśmy do asfaltu na Dębowcu w pobliżu Monaru. Kawałek asfaltem i znowu w teren na niebieski / pomarańczowy rowerowy. Mało było nam jeszcze błota :D A na tym odcinku było go akurat jeszcze więcej niż, niż tam gdzie jechałyśmy wcześniej. Dojechałyśmy do asfaltu w Dębowcu, niedaleko leśniczówki, na krzyżówce niebieskiego i pomarańczowego rowerowego i zielonego pieszego. Tam chwila przerwy i dalej w drogę.
Pojechałyśmy przez Dębowiec asfaltem pod górkę, w stronę kościoła. Na samej górze podziwiać mogłyśmy przecudnie wyglądające prawie czerwone niebo nad Porajem, podczas zapadania zmroku. Za kościołem skręciliśmy w lewo na czarny / zielony pieszy. Kawałek było jeszcze asfaltu potem zaczął się teren. Na skraju lasu zielony szlak prowadził w lewo, a my pojechałyśmy dalej czarnym w prawo obok toru quadowego. Z oddali widziałyśmy jakieś światło, myślałam, że to jakiś rowerzysta, a w ostatniej chwili dopiero zauważyłam, że to jakiś quad, którego ciągnęły psy. Wyjechałyśmy na asfalt w Biskupicach. Przed kościołem spotkałyśmy jakiegoś rowerzystę, który spytał nas którędy dojechać do Olsztyna. Same w tę stronę jechałyśmy, ale bez zatrzymania pokazałyśmy mu drogę i ruszył. Na zjeździe ze słynnej górki rozpędziłam się do prędkości 54 km/h. W pewnym momencie, pomimo tego, że miałam okulary wleciało mi do oka trochę błota spod kół, straciłam równowagę i brakło mi bardzo niewiele by jadąc z taką prędkością przywitać się z asfaltem. Na szczęście udało mi się jakoś nie upaść. Przezm moment widziałam tylko na jedno oko, więc zatrzymałyśmy się już po zjeździe na zakręcie. Minął nas wtedy rowerzysta, który wcześniej pytał nas o drogę.
Oczyściłam oko i ruszyłyśmy dalej asfaltem w stronę Olsztyna. Po drodze Kasia zauważyła, że nie działa jej przerzutka przednia, która zatrzymała się na najmniejszym przełożeniu. Niezbyt fajnie by się tak jechało cały czas, dlatego stanęłyśmy przy leśnym, by spróbować znaleźć przyczynę tego stanu. Niestety niezbyt się to nam udało, więc pojechałyśmy dalej. Miałyśmy wracać przez Kusięta, ale było nam coraz zimniej, w dodatku to najmniejsze przełożenie u Kasi, więc postanowiłyśmy pojechać najkrótszą trasą przez Skrajnicę. Na nasze nieszczęście, zaraz po ruszeniu z leśnego okazało się, że przestał Kasi działać tylny hamulec. Jakieś fatum nas chyba dopadło. Zawsze coś złego działo się mnie, a dziś pecha miała Kasia. Uznałyśmy, że pojedziemy troszkę wolniej, by było w miarę bezpieczniej. Przez Skrajnicę najpierw jechałyśmy terenem pod górkę, zielonym rowerowym. Na górce miałyśmy sporo szczęścia. Spotkałyśmy Bartka z dwoma kolegami. Jechali do leśnego. Zatrzymali się i Bartek po zdiagnozowaniu prawdopodobnego uszkodzenia manetki przy pomocy mojego podręcznego zestawu imbusów i mini śrubokrętów przestawił Kasi przerzutkę na drugie przełożenie. Wtedy również ponownie zaczął działać Kasi hamulec. Co za fart :)
Mogłyśmy już na spokojnie jechać dalej. Dotarłyśmy do asfaltu i dalej pojechałyśmy przez Skrajnicę asfaltem, aż do rowerostrady i potem rowerostradą do samego końca. Było tak zimno, że przymarzały mi palce u rąk, pomimo polarowych rękawiczek. Myślałam, ze zamarznę całkiem. Ciekawa byłam ile jest stopni, ale nawet miałam tak skostniałe palce, że nawet nie byłam w stanie wcisnąć żadnych przycisków na liczniku. Na końcu rowerostrady pojechałyśmy prosto terenem do torów kolejowych. Za torami ścieżką przez lasek i do Bugaja. Następnie asfaltem przez Bugaj do przejazdu kolejowego i przez Michalinę do DK1. Dalej Kasia pojechała prosto na Raków, a ja w lewo pod trasą do domu.
Do domu dotarłam całkiem przemarznięta. Gdy już udało mi się wcisnąć przycisk na liczniku, ujrzałam temperaturę 1,2 stopnia Celcjusza. To już wiem z jakiego powodu było mi tak strasznie zimno. Pomimo nieprzewidzianych komplikacji, związanych z awarią sprzętową w Kasi rowerze wypad był bardzo fajny. Dobre tempo, super towarzystwo i spora dawka błota :) Dawno się tak nie ubrudziłam na rowerze :D Rocky będzie musiał dostać w zamian porządną kąpiel.
Nie wliczając dojazdów do pracy w czwartek i w piatek, nie jeździłam na rowerze od środy. Ciągle coś niezależnego ode mnie mieszało mi w planach - albo pogoda, albo inne zajęcia. Nie mogłam już wytrzymać bez roweru. Umówiłam się dziś jak zwykle pod skansenem na wieczorny wypad razem z Kasią i Rafałem. Postanowiliśmy wybrać się do Olsztyna.
Pojechaliśmy koło starego sądu na Rejtana, potem przez Aleję Pokoju i dalej na brukowanym rondzie Reagana w lewo. Kawałek ulicą Szpitalną, po czym skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy ścieżką do torów, kawałek wzdłuż torów i terenem przez cmentarz żydowski do Legionów. Następnie ścieżką rowerową przez Legionów. Koło Cooper'a wjechaliśmy w teren, najpierw łagodnie pod górkę, potem stromy zjazd. Terenem dotarliśmy ponownie do asfaltu na zakręcie ulicy Legionów i jechaliśmy asfaltem do zjazdu na czerwony szlak rowerowy. Następnie czerwonym do Kusiąt. Od Kusiąt asfaltem do samego Olsztyna. Pod górkę w Kusiętach koło straży wjechałam dziś bez problemu i to w dodatku na drugim przełożeniu z przodu i szóstym z tyłu :D W Olsztynie chwila oddechu koło nowego rynku i z powrotem do domów.
Na początek asfaltem przez Olsztyn, a potem zielonym szlakiem rowerowym terenem pod górkę na Skrajnicy. Po bieszczadzkim treningu takie małe wzniesienie to bułka z masłem :D Od razu przypomniały mi się podjazdy w górach - z tym, że tam takie podjazdy ciągnęły się niekiedy nawet i po kilka kilometrów. Po dojechaniu do asfaltu pojechaliśmy dalej prosto terenem przez Skrajnicę. W pewnej chwili zauważyliśmy, że Kasia została w tyle - nie było nawet widać z oddali jej lampki. Już mieliżmy się wracać, jednak po chwili dojechała do nas. Okazało się, że zaliczyła niegroźną glebę na leśnej ścieżce. Następnie pojechaliśmy asfaltem do rowerostrady, rowerostradą do końca, potem prosto terenem do torów i przed torami w lewo w stronę nastawni. Następnie asfaltem koło Guardiana i ścieżką wzdłuż rzeki do skansenu, gdzie każdy pojechał w swoją stronę. Do domu dojechałam standardowo przez Alejkę Pokoju, Jagiellońską i osiedle. Tak mi brakowało jazdy rowerem, że większość trasy jechałam na przodzie narzucając swoje tempo - mam nadzieję, że nie musieliście mnie aż tak bardzo gonić :)
Krótki, ale za to przyjemny wieczorny wypad. Dobre tempo jazdy i super towarzystwo :) Tego mi brakowało. Dzisiejszego wieczora ani zimny wiatr, ani niższa temperatura niż przez ostatnie dni, nie stanowiły żadnych niedogodności związanych z jazdą. Podobno jak człowiek bardzo czegoś chce, to nie ma takiej siły, która by mu w tym przeszkodziła :D Nawet coraz głośniej hałasujący hamulec w tylnym kole (ach te tarczówki), który utrudniał obracanie się koła nie zepsuł mi dziś rowerowego nastroju. Chyba muszę nauczyć się regulacji hamulców tarczowych.
Dziś z rana znów do pracy na starym rowerze. Trasa jak zawsze. Dziś już nie jechało mi się tak dziwacznie jak wczoraj. Niestety poranki są już coraz chłodniejsze. Po pracy na pogaduchy do Gawła, gdzie spotkałam jeszcze Helenkę. Od Gawła prosto do domu tą samą trasą co zawsze.
Po prawie 270 km przejechanych na Rokim chyba już się pomału do niego przyzwyczaiłam. Wydaje mi się, że się zaprzyjaźnimy na dłużej. Ostatnie dni dojeżdżałam do pracy autem, więc dzisiaj z rana, pełna pozytywnej energii postanowiłam dla odmiany jak kiedyś, pojechać żółtym Maximem.
Wyprowadziłam rower na dwór, założyłam licznik, wsiadłam, ruszyłam... i właśnie wtedy przeżyłam lekki szok :D Moje pierwsze odczucia po dłuższej przerwie w jeździe na tym rowerze były następujące - o kurde, ale on krótki, jaką dziwną mam na nim pozycję, jak się dziwnie nim jedzie :D Czyżbym się odzwyczaiła? No cóż, jechałam dalej. Trasa standardowa jak zawsze. Pierwsze hamowanie przed skrzyżowaniem, naciskam na klamki od hamulca, jakoś tak bardzo topornie działają, ale działają, naciskam maxymalnie jak to możliwe, a rower hamuje jak jakiś przeciążony tir. Roki już dawno stałby w miejscu. Jak szybko człowiek się przyzwyczaja do nowych rzeczy.
Po pracy pojechałam jeszcze wzdłuż linii tramwajowej, częściowo asfaltem, częściowo chodnikiem pomiędzy dziwnie łażącymi pieszymi do Polikliniki na rentgen stawu szczękowego i zębów. Po prześwietleniu ponownie wzdłuż linii tramwajowej udałam się do Gawła na serwis. Niestety akurat musiał chwilowo zamknąć serwis, więc weszłam tylko na chwilę na górę na sklep i do domu. Od Towarzystwa w drodze powrotnej do Niepodległości dotrzymał mi Przemek, którego spotkałam jak wychodził z serwisu. Dalej już samotnie przez Jagiellońską dotarłam do domu.
Dzisiejszego dnia umówiona byłam na wypad rowerowy na godzinę 18 z Kasią i Łukim. Mieliśmy jechać standardowo gdzieś w stronę Olsztyna i Poraja. Rano pogoda nie była zbyt optymistyczna i już myślałam, że wypad się nie uda, ale na szczęście po południu się rozpogodziło. W dodatku udało mi się dzisiaj wyjść z pracy kilka minut przed końcem roboczej dniówki, więc umówiłam się jeszcze godzinę wcześniej na rower z Przemkiem, który zadzwonił do mnie jak zamykałam biuro. Ustaliliśmy, że pokręcimy się najpierw gdzieś po okolicy, a potem dojedziemy pod skansen na 18 i dołączymy do reszty. Kilka minut później jeszcze Robert zadeklarował, że również wybierze z nami na rower.
Pierwszy zjawił się u mnie Robert. Chwilę po nim dotarł Przemek. Na sam początek pojechaliśmy przez osiedle, potem Orkana, Źródlaną i Niepodległości z powrotem do Przemka, gdyż zapomniał zabrać ze sobą bidonu. Następnie pomiędzy blokami do skrzyżowania linii tramwajowej z Bór. Dalej najpierw ścieżką wzdłuż rzeki w stronę Krakowskiej, a potem cały czas wałem nadwarciańskim, aż do Rejtana. Po drodze wyprzedziliśmy jadące spokojnym tempem trzy znajome kobietki - Agnieszkę, drugą Agnieszkę (Rudą) i Gosię (pozdrowienia dla Was). Po dojechaniu do Rejtana udaliśmy się na stację benzynową, żeby Przemo mógł dopompować koło. Potem kawałek asfaltem wzdłuż linii tramwajowej, w lewo przez brukowane rondo Reagana i Szpitalną w stronę cmentarza żydowskiego. Skręciliśmy w prawo w boczną dróżkę, jechaliśmy kilka metrów przy torach, po czym dojechaliśmy do bramy cmentarza. Terenem przejechaliśmy przez cmentarz i następnie skręciliśmy w prawo w stronę huty. Znów kawałek po kostce brukowej, na rondzie w lewo i w stronę skansenu. Mieliśmy jeszcze chwilę czasu, więc zjechaliśmy na ścieżkę wzdłuż rzeki i udaliśmy się nad zbiornik huty. Ze zbiornika już asfaltem udaliśmy się pod skansen.
W parę minut pod skansenem zebrała się reszta ekipy. Najpierw dojechała równo z nami Kasia, a potem Łuki z kolegą Marcinem. Taką ekipą ruszyliśmy w drogę w stronę Dźbowa - naszym przewodnikiem był Przemek :D Na początek asfaltem przez Rejtana, potem wałem nadwarciańskim w stronę Zawodzia (normalnie deja vu tylko w odwrotnym kierunku - chyba już tędy dziś jechałam). Koło skrętu w lewo przejeżdżając pod DK1 minęliśmy trzy starsze panie. Jedna z nich wydusiła z siebie "O Jezu jaka zgraja". Faktycznie, może sześciu rowerzystów to niecodzienny widok dla tej Pani, kto tam może wiedzieć. Ja nie wiem, ale może rowerzyści to jakiś obiekt kultu religijnego dla starszych Pań - ostatnio Matka Boska, dziś Jezus. Te słowa stały się dla nas symbolem tej wycieczki :D Po spotkaniu z tymi czarującymi paniami przejechaliśmy pod trasą i jechaliśmy dalej wzdłuż rzeki, z tym, że tym razem Stradomki. Przecięliśmy najpierw ulicę Krakowską, potem Niepodległości i trzymając się cały czas ścieżki przy rzece dotarliśmy do torów kolejowych na Stradomiu. Przeszliśmy z rowerami na drugą stronę torów, po czym jechaliśmy jeszcze kawałek ścieżką, potem przez mostek i wyjechaliśmy na asfalt. Asfaltowa trasa wiodła ulicami Łokietka, Piastowską, Matejki. Następnie asfalt się skończył i zaczęły się typowe dla Stradomia dziurawe szutrówki. Przez Polną, Weteranów i Kwatermistrzów dotarliśmy na teren dawnej strzelnicy artyleryjskiej. Na strzelnicy jak zawsze było sporo piachu, ale udało się wszystkim przejechać bez prowadzenia rowerów. Ponownie dotarliśmy do asfaltu, do ulicy Wilgowej. Przejechaliśmy obok PolSportu i dalej jechaliśmy ulicą Lakową, która na początku była asfaltowa, a potem zmieniła się w szutrówkę.
Kawałek przed torami kolejowymi we Wyrazowie Marcin złapał kapcia, więc mieliśmy przymusowy postój. Okazało się, że żeby odkręcić koło potrzebny będzie klucz 15. Niestety nikt z nas takowego nie posiadał. Jak jeżdżę żółtym rowerem to taki klucz ze sobą zabieram, ale podczas jazdy Rokim nie jest już mi potrzebny. Robert poradził sobie na szczęście z klejeniem dętki bez odkręcania koła. Trochę czasu to zajęło, ale najważniejsze, że sie udało i mogliśmy jechać dalej w pełnym składzie.
Jechaliśmy jeszcze kawałek szutrówką. Następnie przejechaliśmy wiaduktem pod torami kolejowymi, po czym dotarliśmy do asfaltu, do drogi głównej prowadzącej z Blachowni do Częstochowy. Pewien odcinek jechaliśmy główną drogą. Na samym końcu Wyrazowa, już w Częstochowie skręciliśmy w lewo w boczną drogę, w ulicę Marynarską. Na następnej krzyżówce Przemo chyba nie do końca pewny decyzji, uznał, że jedziemy prosto szutrówką. Wszystko było fajnie, z tym, że szuter to był może ze dwa metry. Dalej były jakieś trawy, zarośla i krzaki. Cóż - jak Przemek poprowadzi trzeba się liczyć z takimi atrakcjami krajoznawczymi :) Jedno trzeba mu przyznać, nudzić to się z nim nie można. Jechaliśmy najpierw ścieżką, później ścieżka zaczęła stopniowo zanikać. Jak tylko zobaczyliśmy w oddali światła aut, to pojechaliśmy prosto przed siebie, byle dotrzeć do asfaltu. na asfalcie skierowaliśmy się w prawo. Totalnie nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Dopiero jak zobaczyłam tabliczkę, z przekreślonym na czerwono napisem Stara Gorzelnia wiedziałam, gdzie się znajdujemy. Dalej jechaliśmy przed Wydrę, Nową Gorzelnię, lub jak kto woli Nową Szarlejkę (gdyż po jednej stronie drogi była Szarlejka, po drugiej Gorzelnia) aż do Częstochowy. Przez Częstochowę jechaliśmy ulicami Wręczycką, Rocha, Klasztorną pod górkę, potem przez park jasnogórski i III Aleję do palcu Biegańskiego. Tutaj odłączył się od nas Łuki i Marcin. We czwórkę pojechaliśmy w stronę domów przez Nowowiejskiego, Sobieskiego i dalej wzdłuż linii tramwajowej. Przemo odłączył się przy Równoległej, Kasia przy następnych światłach. Robert odprowadził mnie przez Źródlaną i Orkana do domu i wrócił do siebie.
Podsumowując w skrócie - była to całkiem ciekawa wieczorna przejażdżka. Nie zabrakło wrażeń, podczas przecierania po ciemku nowych zarośniętych ścieżek :D Towarzystwo również udane, dobre tempo jazdy. Generalnie to dobrze, że nie pojechaliśmy jak zwykle w stronę Olsztyna, tylko obraliśmy zupełnie inny kierunek. Myślę, że taka odmiana wyjdzie nam na dobre :)
Po powrocie z Bieszczad przyszedł czas na powrót do codzienności. Przeziębienie nabyte w górach jeszcze nie do końca minęło, ale miałam dziś ochotę choć trochę się rozruszać na rowerze. Towarzystwa dzisiejszego wieczoru postanowili mi dotrzymać Kasia i Robert. Umówiliśmy się na 18 pod skansenem. Robert przyjechał do mnie pod dom i razem pojechaliśmy na miejsce zbiórki. Nie miałam wymyślonego konkretnego celu na dziś, więc wspólnie zdecydowaliśmy, aby pojechać w stronę Mstowa.
Najpierw pojechaliśmy asfaltem w stronę huty. Na rondzie w lewo i dalej terenem przez cmentarz żydowski. Ogarnęło nas spore zdziwienie, gdy zobaczyliśmy przed bramą cmentarną wóz straży miejskiej i strażnika błąkającego się między grobami. Dalej pojechaliśmy kawałek asfaltem przez Legionów i ponownie wjechaliśmy w teren. Po drodze na Ossona zaliczyłam pierwszą glebę na Rokim - kółko zjechało mi na koleiniei przechyliło mnie na prawą stronę. Całe szczęście nic się nie stało i pojechaliśmy dalej. Ossona objechaliśmy dziś bokiem, tym łagodniejszym podjazdem. Następnie zjechaliśmy w dół i najpierw terenem, potem kawałek asfaltem czerwonym szlakiem rowerowym pojechaliśmy w stronę Przeprośnej Górki, pod którą również podjeżdżaliśmy terenem. Niestety dziś Przeprośna mnie pokonała - dwukrotnie musiałam zejść z roweru na podjeździe. Zabrakło mi sił z powodu przeziębienia i dodatkowo znajomości nowego roweru i techniki podczas podjazdu po mokrych kamieniach. Kasia również miała dziś lekkie problemy.
Na szczycie Sprośnej zdecydowaliśmy, że na jabłka w Mstowie jest już za ciemno, więc pojedziemy w prawo obok sanktuarium, kierując się już powoli z powrotem. Dotarliśmy do asfaltu, więc szybki zjazd asfaltem i prosto w stronę Mirowa. Następnie przy moście nad rzeką skręciliśmy w prawo i za mostem wjechaliśmy w teren na zielony rowerowy / czerwony pieszy. Terenem wzdłuż rzeki dotarliśmy w pobliże hotelu Scout. Potem asfaltem dojechaliśmy do skrzyżowania z DK1 i pojechaliśmy w dół do rynku na Zawodziu. Następnie kawałek chodnikiem wzdłuż trasy, po czym skręciliśmy w prawo i pod trasą na drugą stronę. Jechaliśmy potem wałem wzdłuż Warty koło Galerii, potem kawałek chodnikiem i za Hospicjum znów zjechaliśmy na wał przy rzece. Wałem nadwarciańskim dotarliśmy na Dąbie. Następnie już asfaltem w stronę skansenu i przez Aleję Pokoju, gdzie środkiem ścieżki rowerowej lazła jakaś kobita na nic nie patrząc, a gdy ją mijaliśmy powiedziała tylko wystraszonym głosem "Ło Matko Boska" i dalej szła ścieżką. Kawałek dalej odłączyła się od nas Kasia. Robert odwiózł mnie przez Jagiellońską do domu i wrócił do siebie.
Przeziębienie pomału mija, choć dalej jestem nieco osłabiona. W dodatku chyba od nowa muszę uczyć się techniki jazdy nocą w terenie po krętych, wąskich ścieżkach i podjazdach pod górki. Po przesiadce z żółtego roweru na Rokiego, czuje się jakbym przesiadła się z auta bez wspomagania do auta ze wspomaganiem. Lekki ruch kierownicą i rower zaczyna skręcać, a do tej pory musiałam dość energicznie ruszać kierownicą by był zamierzony efekt. W dodatku w lżejszym rowerze jeszcze bardziej podnosi mi przednie kółko na stromych podjazdach. Na koniec moich wywodów dziękuję za dzisiejsze towarzystwo :)
Cały czwartek i piątek upłynął nam pod znakiem pieszych wycieczek. W czwartek startując z Ustrzyk i kończąc w Wetlinie pokonaliśmy Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską, zdobywając po drodze kilka szczytów - Hasiakową Skałę (na której znajduje się schronisko Chatka Puchatka), Osadzki Wierch, Hnatowe Berdo, Przełęcz Orłowicza i Smerek. Przez cały czas towarzyszył nam wiatr halny. W piątek startując z Widełek i kończąc w Ustrzykach postanowiliśmy wdrapać się na Tarnicę. Nasza piesza wycieczka prowadziła przez dwa większe szczyty: Bukowe Berdo i Krzemień, później było zejście na Przełęcz Goprowską i wejście na Tarnicę. Ze szczytu schodziliśmy przez Szeroki Wierch do auta.
Po dwóch dniach zdobywania na piechotę bieszczadzkich szczytów ostatni dzień pobytu w bieszczadzkiej dziczy postanowiliśmy przeznaczyć na rower. Na sobotę zaplanowaliśmy więc wycieczkę do Baligrodu. Wyruszyliśmy z Wołkowyi i początkowo jechaliśmy asfaltem niebieskim rowerowym do Górzanki. Ta część trasy była w miarę płaska. Od górzanki mieliśmy dalej jechać asfaltem czarnym rowerowym (drogą, po której podobno jeździ PKS - przynajmniej tak wynikało z mapy) do Woli Gorzańskiej. Zaraz za tabliczką "Wola Górzańska" zobaczyliśmy znak "Przełomy - droga nieremontowana na długości 2,2 km". Pomyślałam, że pewnie będzie nieco dziurawy asfalt, jednak jak się okazało, miejscami w ogóle nie było asfaltu, tylko droga była całkiem rozkopana, aż do ziemi. Nie wiem w jaki sposób PKS daje radę tam przejechać, jak w jednym miejscu nawet rowerem nie było tak łatwo. Po przejechaniu przez nieremontowany kawałek drogi znów wyjechaliśmy na normalny asfalt. Najpierw mieliśmy kawałek stromo pod górę, a następnie zjazd 10% aż do Radziejowej, na którym rozpędziłam się do 75 km/h. Tuz przy końcu moją uwagę przyciągnęły dwa niedźwiedzie, znajdujące się przy bramie wjazdowej do Natura Parku (jest to kilkuhektarowy obszar, na którym znajduje się m.in. tor quadowy, tor offroad'owy i dość duży kawałek terenu do paintball'a). Zaczęłam hamować tuż przy bramie, jednak zatrzymałam się dopiero kilka metrów dalej. W dodatku Robert w ostatniej chwili zauważył, że hamuję i musiał odbijać na bok, by we mnie nie wjechać. Zrobiliśmy kilka zdjęć z niedźwiadkami przy bramie do Natura Parku i pojechaliśmy dalej.
Jechaliśmy asfaltem, cały czas czarnym rowerowym przez Stężnicę do Baligrodu. W Baligrodzie skręciliśmy w prawo na drogę główną, którą prowadził niebieski szlak rowerowy. Dotarliśmy do rynku w Baligrodzie, gdzie mogliśmy obejrzeć pomnik czołgu T-34. Następnie pojechaliśmy dalej asfaltem niebieskim rowerowym do Mchawy, po drodze oglądając cerkiew z 1879 roku i stary kościół parafialny z 1877 roku. Zwiedziliśmy również cmentarz wojenny żołnierzy polskich i radzieckich w Baligrodzie, poległych w walkach z Niemcami i UPA. W Mchawie obejrzeliśmy greckokatolicką kaplicę odpustową Boga Ojca. Następnie planowaliśmy zjechać na czerwony rowerowy, który wg mapy miał prowadzić asfaltem pod górę do kościoła w Mchawie i dalej terenem w dół z powrotem do Baligrodu. Po dłuższych poszukiwaniach początku szlaku okazało się, że czerwony rowerowy w rzeczywistości prowadzi nieco inaczej, niż na naszej mapie, czyli w zupełnie innym kierunku w stronę Cisowca. Już trzeci raz zawiodła mapa i trzeci raz zmiana dotyczyła czerwonego rowerowego... Pojechaliśmy pod górę do kościoła asfaltem niebieskim rowerowym i zjechaliśmy również asfaltem do głównej drogi w Mchawie. Od Mchawy dojechaliśmy do Baligrodu tą samą drogą co wcześniej - asfaltem niebieskim rowerowym. W Baligrodzie ponownie zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku przy czołgu T-34.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy z powrotem. Najpierw kawałek asfaltem czarnym rowerowym, a potem zjechaliśmy na czerwony rowerowy prowadzący jednocześnie ścieżką edukacji leśnej. Początek szlaku stanowił dziurawy asfalt. Przy przeprawie przez mostek nad rozkopanym kawałkiem drogi spotkaliśmy czwórkę rowerzystów, którzy widząc nas oznajmili "no my najlepsze mamy już za sobą". Mogliśmy tylko domyślać się co nas dalej będzie czekało. A czekał nas około 3 kilometrowy podjazd pod górę po kamieniach polanych smołą i posypanych drobnym grysem. Łatwo nie było. Na samym szczycie zatrzymaliśmy się przy kapliczce pod wiatą dla turystów, by chwilę odpocząć. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej. Kawałek było płasko, a potem lekki zjazd do Bereźnicy Wyżnej. Od Bereźnicy jechaliśmy terenem niebieskim rowerowym do Górzanki. Tutaj zjazd był dość stromy, miejscami trzeba było bardzo uważać, by nie zaliczyć OTB na dość dużych kamieniach. Od Górzanki jechaliśmy już tak jak w poprzednim kierunku, czyli asfaltem niebieskim rowerowym aż do kwatery w Wołkowyi. Dzisiejszego dnia udało mi się nawet pokonać stromy podjazd po płytach pod samą kwatera.
Takim oto sposobem nasz urlop w Bieszczadach dobiegł końca. Tak to już jest, że to co dobre szybko się kończy. Podczas sześciu dni zdążyliśmy tak naprawdę zwiedzić tylko malutką cząstkę tego, co tak naprawdę można było tutaj zobaczyć. Tydzień urlopu to zdecydowanie za mało. Przez pierwsze dwa dni pobytu, byłam trochę zniesmaczona i lekko rozczarowana, gdyż moje wyobrażenie o Bieszczadach rozminęło się nieco z rzeczywistością, na szczęście kolejne dni, podczas których zwiedziliśmy inne partie gór wpłynęły pozytywnie na moją ocenę tego regionu. Jeśli tylko w przyszłości trafi się okazja ponownego wypadu w Bieszczady to z wielką przyjemnością tutaj wrócę.
Ślad trasy z GPS - niezbyt dokładny, ale zawsze coś:
Na trzeci dzień pobytu w Bieszczadach zaplanowaliśmy bardziej terenową niż dotychczas wycieczkę wzdłuż granicy polsko-ukraińskiej. Wpakowaliśmy rowery do auta i podjechaliśmy do Stuposian, gdzie znajdował się start naszej dzisiejszej wyprawy rowerowej.
Po przygotowaniu rowerów do jazdy ruszyliśmy z parkingu w Stuposianach. Na sam początek podjechaliśmy kilka metrów ścieżką między drzewami do miejsca, gdzie potok Wołosaty wpływał do rzeki San. Po krótkiej sesji zdjęciowej wróciliśmy na parking i pojechaliśmy asfaltem do Pszczelin, dalej asfaltem niebieskim rowerowym do Widełek, i z Widełek asfaltem czarnym rowerowym do Berezki. Mieliśmy w planach dotrzeć terenem czerwonym rowerowym z Berezki na Przysłup Caryński. Niestety przy wjeździe oznajmiono nam, że szlak rowerowy został zlikwidowany z uwagi na fakt, iż był zbyt niebezpieczny i obecnie na Przysłup prowadzi tylko szlak żółty pieszy, na który nie pozwolono nam wjechać. Już drugi raz okazało się, że szlaki oznaczone na naszej mapie odbiegają nieco od rzeczywistości.
Jadąc pod wiatr wróciliśmy asfaltem do Widełek, gdzie wjechaliśmy w las na szlak niebieski rowerowy, prowadzący do miejscowości Muczne. Pierwszy raz podczas pobytu w Bieszczadach udało nam się trafić na istniejący nie tylko na mapie, ale i w rzeczywistości terenowy szlak. Już na samym początku szlaku poznaliśmy prawdziwe bieszczadzkie błoto - musieliśmy przeprawić się przez mocno rozjeżdżoną przez traktory glinę, gdyż w lesie prowadzona była wycinka drzew. W dalszej części terenowego szlaku mieliśmy do pokonania aż dwa kilkukilometrowe kamieniste podjazdy i zjazdy - pierwszy podjazd miał około 3,5 km, drugi około 3 km. To się nazywa górski trening. Szlak całkiem fajny, tylko oznakowanie fatalne - oznaczenie było tylko i wyłącznie na początku szlaku w Widełkach i na końcu w Mucznych. Dobrze, że po drodze była tylko jedna krzyżówka, chociaż gdyby nie mapa, zapewne pojechalibyśmy w złą stronę. Mieliśmy do wyboru drogę w lewo lub w prawo, przy której stał znak zakaz wjazdu. Jak się okazało po analizie mapy, szlak prowadził w prawo, czyli tam gdzie teoretycznie był zakaz. Wspaniałe oznaczenia.
Po terenowej przeprawie przez las dotarliśmy do asfaltu w Mucznych. Minęliśmy hotel i udaliśmy się na krótką przerwę do okolicznej knajpy, w której spotkaliśmy dwóch rowerzystów z Łodzi, którzy jechali chwilę przed nami tym samym terenowym szlakiem (to ich ślady widzieliśmy na krzyżówce, na której zastanawialiśmy się gdzie dalej jechać). Chwilę z nimi porozmawialiśmy, po czym rozjechaliśmy się w swoja stronę. Oni pojechali asfaltem niebieskim rowerowym do Wilczej Góry, a my wybraliśmy opcję bardziej terenową, prowadzącą czerwonym rowerowym wzdłuż granicy.
Przez większość swojej trasy czerwony szlak rowerowy połączony był z pomarańczowym szlakiem konnym. Początek czerwonego rowerowego prowadził asfaltem z Mucznych do Tarnawy Niżnej. W Tarnawie zaczęło być bardziej terenowo. Najpierw trochę błota, potem przeprawa przez strumyk i dalej po betonowych płytach wzdłuż granicy, porośniętych częściowo trawą, na których miejscami wystawały pręty z metalowych drutów, wyznaczające granicę polsko-ukraińską. Po dotarciu do Dźwiniacza Górnego, krótki postój na opuszczonym cmentarzu. Cmentarz wyglądał na stary i zapomniany przez ludzi - kilka rozpadających się nagrobków, zarośniętych trawą i mchem. To są właśnie prawdziwe Bieszczady - dzikie, ciche i opustoszałe.
W Dźwiniaczu szlaki czerwony rowerowy i pomarańczowy konny rozdzieliły się. Obydwa były w dalszym ciągu wyłożone betonowymi płytami. Szlak rowerowy prowadził przez pola, a konny, którym pojechaliśmy prowadził dalej wzdłuż granicy obok torfowiska Łokieć. Za torfowiskiem Łokieć czerwony rowerowy i pomarańczowy konny ponownie się złączyły. Po złączeniu się szlaków betonowe płyty się skończyły i wjechaliśmy w las, gdzie zaczął się gliniasty teren i wspaniałe kamieniste podjazdy i zjazdy. Na skraju lasu napotkaliśmy na porzucone miedzy drzewami auto. Terenowym szlakiem przez las dotarliśmy do Czerennej. Zatrzymaliśmy się na chwilę by odpocząć przed dalszą częścią trasy.
Z Czerennej pojechaliśmy asfaltem niebieskim rowerowym do Wilczej Góry, gdzie mieliśmy podjąć decyzję, czy wracamy od razu asfaltem do Stuposian, czy jedziemy jeszcze kawałek terenem przez las, wokół dwóch szczytów - Czereśnia - 816 metrów i Czereszenka - 771 metrów. Wybraliśmy opcję terenową. Szlak bardzo przyjemny, początkowo mieliśmy dość długi kamienisty zjazd, a potem jechaliśmy po płaskiej szutrówce. Szlakiem dojechaliśmy centralnie na parking, na którym zostawiliśmy auto.
Dystans dzisiejszej wycieczki wcale nie był taki duży - pokonaliśmy w sumie niecałe 45 km, jednak zmęczenie dało o sobie znać. Większość trasy stanowił górski teren, na którym nie zabrakło długich i wymagających podjazdów. Po takiej terenowej przeprawie nasze rowery były całkiem ubłocone - ale bieszczadzkie błoto jest o wiele cenniejsze niż dobrze nam znane jurajskie błoto :) Przed nami dwa dni odpoczynku od roweru - czas teraz zwiedzić pieszo najwyższe partie Bieszczad, po to by ostatni dzień pobytu poświecić na rower.
Po wczorajszym powrocie na kwaterę cały czas pod wiatr wstałam dziś ze strasznym bólem głowy i zatok. Najwyraźniej musiało mnie zawiać. Od samego rana padał deszcz. Z jednej strony cieszyłam się, bo i tak nie miałam zbyt wiele sił na rower, z drugiej strony deszcz pokrzyżował nam plany. Postanowiliśmy część zaplanowanej trasy pokonać dziś autem. Pojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych, po drodze zwiedzając m.in: pałac w Olszanicy, drewniany kościół w Stefkowej, cerkiew w Ustianowej Górnej, rynek w Ustrzykach, a na nim pomnik ku czci poległych żołnierzy pomordowanych przez Hitlera, oraz cerkiew Leszczowate.
Po południu trochę się rozpogodziło. Jednak było już zbyt późno na dłuższą wycieczkę. Postanowiliśmy spakować rowery do auta i pojechać do Soliny w pobliże zapory i stamtąd wystartować rowerem dookoła jeziora Myczkowskiego. Planowaliśmy najpierw dojechać asfaltem na zaporę nad jeziorem, a następnie wrócić do Soliny terenem czerwonym szlakiem rowerowym. Niestety, jak się później okazało nie udało nam się okrążyć jeziora dookoła, ale o tym za chwilę.
Ze Soliny pojechaliśmy asfaltem szlakiem zielonym / czarnym rowerowym przez Bóbrkę na zaporę w Myczkowcach. Po drodze w Bóbrce zjechaliśmy na moment w teren i pojechaliśmy przez Zagrodę "Felkową" nad jezioro. Widoczność ograniczała nam lekka mgła, ale i tak widoki były wspaniałe. Wróciliśmy na asfalt i jechaliśmy dalej, zatrzymując się jeszcze na chwilę przy kapliczce z 1848 r, przy której znajdowało się kilka figur wyrzeźbionych z drewna. Dalej już cały czas asfaltem nad zaporę w Myczkowcach. Na zaporze sesja zdjęciowa i przez zaporę na drugą stronę jeziora.
Mieliśmy wracać do Soliny terenem czerwonym rowerowym przy brzegu jeziora. Jak się później okazało szlak ten istniał tylko na naszej mapie - w rzeczywistości go w ogóle nie było. Postanowiliśmy spróbować przejechać wokół jeziora szlakiem pieszym, jednak i te szlaki oznaczone były w masakryczny sposób (szlaki wokół jeziora oznakowane były jakimiś kolorowymi kółeczkami, serduszkami, czy trójkącikami - w życiu czegoś takiego nie widziałam). Bardzo ciężko było zorientować się, czy szlak zielony pieszy, którym zdecydowaliśmy się jechać oznakowany jest serduszkiem, czy może trójkącikiem. Wróciliśmy przez zaporę do asfaltu, gdzie znajdowała się mapa najbliższej okolicy. Po oględzinach mapy wybraliśmy szlak oznaczony zielonym trójkącikiem. Ponownie pojechaliśmy przez zaporę na drugą stronę, by tam wjechać w teren na zielony szlak.
Już na samym początku pieszego szlaku zaczęły się schody, i to nie w przenośni a w dosłownym tego słowa znaczeniu. Musieliśmy wejść z rowerami pod stromą górkę po schodach. Dalej był kawałek po płaskiej leśnej dróżce, po czym znów schody, z tym, że tym razem w dół. Dalej znów kawałek po płaskim ścieżką w lesie. Gdy dojechaliśmy do źródełek, zorientowaliśmy się, że jedziemy nie w tę stronę, w którą powinniśmy. Musieliśmy wrócić się ścieżką ponownie do schodów. Przed schodami postanowiliśmy pojechać w przeciwnym kierunku niż poprzednio. W efekcie dotarliśmy do nastawni przy elektrowni na jeziorze. Zapytaliśmy o drogę stróża pilnującego elektrowni. Okazało się, że tuż przy końcu zapory źle skręciliśmy i zamiast jechać w prawo na schody na zielony szlak trójkącikowy powinniśmy pojechać w lewo od razu w las przy brzegu jeziora. Cóż, musieliśmy wrócić się ponownie po schodach w górę i w dół do zapory.
Po trzecim z rzędu pokonaniu schodów trafiliśmy ponownie do zapory i tym razem wjechaliśmy od razu w teren na szlak wskazany nam przez stróża - niebieski pieszy, oznaczony paskiem. Pomyśleliśmy, że teraz już bez problemu objedziemy jezioro dookoła. jednak wcale tak łatwo nie było. Robiło się już ciemno, mgła z każdą minutą robiła się gęstsza. Pokonaliśmy zaledwie kilka metrów po pieszym szlaku, na którym było bardzo niebezpiecznie nawet dla pieszych. Wąziutka ścieżka, między drzewami, po śliskiej glinie tuż nad skarpą przy brzegu jeziora. Jeden zły krok i można było spaść w dół. Nie chcieliśmy ryzykować, dlatego podjęliśmy decyzję, że wracamy na asfalt i jedziemy do Soliny tą samą trasą, którą dojechaliśmy do zapory, czyli asfaltem zielonym / czarnym rowerowym.
Minęliśmy parking, na którym zaparkowana była Felka i pojechaliśmy dalej asfaltem nad zaporę na jeziorze Solińskim. Oświetlona zapora po zmroku wyglądała o wiele ładniej niż w dzień, choć wiało tak samo mocno. Po przejechaniu przez zaporę wróciliśmy asfaltem do auta, mijając się po drodze z tymi samymi rowerzystami, których wczoraj pytaliśmy o ciekawe ścieżki w okolicy.
Już myślałam, że dzisiejszego dnia w ogóle nie uda nam się wsiąść na rower. Rano ledwie wstałam z łóżka, później zaczął padać deszcz. Na szczęście późnym wieczorem udało się pokonać chociaż parę kilometrów i zrealizować niewielką część zaplanowanej na dziś trasy rowerowej. Dziś jechałam już na swoim siodełku i chyba pomału zaczynam się do niego przyzwyczajać.
Na rowerze jeżdżę odkąd tylko pamiętam - nauczył mnie tata, gdy nie miałam jeszcze skończonych 3 lat. Najbardziej lubię zwiedzać, w szczególności zamki :)
Technika nie jest moją najlepszą stroną, ale jeżdżę, bo lubię i sprawia mi to przyjemność :) Jazda rowerem jest dla mnie jak narkotyk - silnie uzależnia, a jej brak powoduje dolegliwości abstynencyjne :D
Od 2013 zawodniczka klubu BIKEHEAD MTB TEAM.
Powerade MTB Maraton 2013 - klasyfikacja generalna: miejsce 8 w K2 Mega.
Bike Maraton 2014 - klasyfikacja generalna: miejsce 4 w K2 Mega
PS: Nie obchodzi mnie co o mnie myślicie, czy mnie lubicie czy nienawidzicie, czy jestem zbyt naiwna, czy może dziecinna, ale prawda jest inna - jestem taka jaka według siebie być powinnam.
Oświadczam, że wszelkie obraźliwe, niecenzuralne, wulgarne i bezsensowne komentarze umieszczane na innych portalach, podpisane moim nickiem, albo pisane w taki sposób, by mogły być kojarzone z moją osobą nie są mojego autorstwa. Jest to próba podszywania się pode mnie. Przyjdzie taki czas, że sprawiedliwości stanie się za dość i winny poniesie odpowiednią karę.