Byłam umówiona na popołudniowy spokojny wypad z Kasią. Ustaliłyśmy jednak wspólnie, że napiszę o wypadzie na CFR, bo może ktoś chciałby jechać z nami i mógłby na wszelki wypadek był ktoś, kto mógłby pomóc w razie ewentualnej awarii sprzętowej, no bo co my dwie baby wtedy byśmy same zrobiły. Pod skansen na godz. 18,45 dotarł jeszcze Tomek i Łuki z Narty-Rowery, który usłyszał o wycieczce jak byłam u Gawła. Planowaliśmy zrobić rundkę po Sokolich.
Pojechaliśmy asfaltem w stronę huty, na rondzie skręciliśmy w lewo i potem przez Cmentarz Żydowski do Legionów. Z Legionów zjechaliśmy w teren na czerwony rowerowy, którym dotarliśmy do Kusiąt. W Kusiętach chwila przerwy przy sklepie, bo zapomniałam zabrać ze sobą bidonu. Pojechaliśmy dalej asfaltem do Olsztyna. Nawet na rynku położyli już asfalt. Z Olsztyna dalej w stronę Biskupic, gdzie czekał nas ten wspaniały podjazd. Do samych Biskupic jechałam cały czas z Łukim na przodzie, a za nami Kasia z Tomkiem. Na podjeździe Łukasz zostawił nas wszystkich w tyle i czekał na nas na szczycie. Jak zwykle musiałam zredukować przełożenie na młynek.
Wjechaliśmy na szczyt. Było już ciemno, nie każdy miał dobre oświetlenie, więc postanowiliśmy odpuścić Sokole i ciągnąć dalej asfaltem. I znów ja z Łukaszem byliśmy na czele grupy. Pojechaliśmy przez Choroń do Poraja, w Poraju w prawo i kawałek wzdłuż torów, by ominąć zamknięty przejazd kolejowy i dojechać do głównej drogi. Dalej główną drogą przez Poraj, Osiny i Kolonię Borek. Było już ciemno, ruch był duży, więc pomyślałam, że lepiej będzie już jechać gęsiego. Od tej pory cały czas ja prowadziłam ekipę nadając tempo.
Zjechaliśmy z głównej drogi w prawo i jechaliśmy dalej asfaltem przez Zawodzie, Poczesną, Nową Wieś (po wspaniałej kostce brukowej), potem przez Korwinów, Słowik i Wrzosową, aż dojechaliśmy do Gierkówki. Następnie chodnikiem wzdłuż trasy, aż do estakady. Mieliśmy naprawdę ładne tempo jazdy, pogoda dopisała, ale najwidoczniej było zbyt idealnie, skoro nic nam się po drodze nie przytrafiło. No i stało się - przy Lidlu podjeżdżałam pod dość duży krawężnik i nie zdążyłam podnieść do góry koła, nadziałam się na krawężnik i usłyszałam tylko syczenie. Po około 3 metrach nie miałam już kompletnie powietrza w przednim kole.
No cóż, nie było sensu kleić dętki (tym bardziej, że po oględzinach w domu okazało się, że rozcięło mi dętkę na długości około pół centymetra). Wyjęłam z plecaka Roberta magiczny klucz 15 (tym razem pancerny, anty-złamaniowy), dętkę i łyżki. Na szczęście dzięki pracy grupowej szybko się z tym uporaliśmy. Kasia zwijała starą dętkę, a my we troje zajęliśmy się zmianą dętki - Łuki odkręcił koło i zdjął oponę, wspólnie z Tomkiem założyliśmy dętkę i oponę można było już z powrotem montować koło. Jeszcze tylko pompowanie i można było ruszać. Kasia kilka metrów dalej zjechała w stronę Rakowa, a ja pożegnałam się z chłopakami przy estakadzie i pojechałam przez Jagiellońską i osiedle do domu.
Podczas dzisiejszego wypadu stuknęło mi 5 tyś przejechanych kilometrów w tym roku na moim zasłużonym żółtym rowerze. Rower pomału zaczyna dogorywać, ciągle psuję się coś nowego, no ale ma do tego prawo. Dzisiejsza wycieczka była bardzo fajna, super towarzystwo i naprawdę dobre tempo, tym bardziej, że większość drogi dyktowane przeze mnie i Łukasza. Takim oto sposobem plany spokojnej wycieczki szybko odeszły w niepamięć :D Dziękuję za towarzystwo i pomoc w ekspresowej zmianie dętki. Do następnego :)
Rano do pracy. Trasa jak zawsze. Jak na sierpień to było dość zimno (przed godziną 8 termometr pokazywał mi 9 stopni). Trochę zmarzły mi po drodze dłonie w rękawiczkach bez palców. Po pracy do Gawła odebrać rower, który zostawiłam na serwisie do poprawy działania mojej przerzutki. Przerzutka jeszcze trochę pożyje, póki nie załatwię sobie innej. Gaweł już któryś raz ratuje mi rower.
Następnie przez Sobieskiego, Pułaskiego, Popiełuszki, Jana Pawła i Rynek Wieluński na Klasztorną na kriokomorę. Po ćwiczeniach do domu. Jak zwykle pojechałam Jana Pawła i Popiełuszki do III Alei, gdzie zaliczyłam dość ostrą glebę po zderzeniu z innym rowerzystą, który zajechał mi drogę. Próbowałam odbić w prawo, ale nie zdążyłam i przywaliłam przednim kołem w jego korbę, aż się zgięła zębatka. Dobrze, że poza pobrudzonymi od smaru z zębatki spodniami, nic mi się nie stało. Pozbierałam się i pojechałam dalej przez Nowowiejskiego, Sobieskiego, wzdłuż linii tramwajowej i dalej tak jak wracam z pracy.
Kawałek przed Jesienną wyprzedziłam jadącego przede mną rowerzystę. Z twarzy wydawał mi się być znajomy, ale pojechałam dalej bo się trochę śpieszyłam. Pod domem, gdy już się zatrzymałam i zeszłam z roweru, dogonił mnie i dopiero wtedy zauważyłam, że to mój stary znajomy, z którym dawniej jeździłam w terenie w okolicach Kusiąt i Skrajnicy. Nie poznałaam go, ale za to on rozpoznał mnie i przejeżdżając machnął do mnie ręką.
Na dobry początek tygodnia z samego rana do pracy. Trasa jak ostatnio. Po pracy jeszcze kilka miastowych kilometrów przez Sobieskiego, Pułaskiego, Popiełuszki, Jana Pawła i Rynek Wieluński na Klasztorną, by pomarznąć chwilę w kriokomorze.
Po pobycie w komorze i rozgrzewających ćwiczeniach pojechałam do koleżanki na Curie-Skłodowskiej. Standardowo przez Jana Pawła, Popiełuszki, III Aleję, Nowowiejskiego, Sobieskiego do linii tramwajowej. Wstąpiłam po drodze do Gawła, bo byłam już tak zdesperowana działaniem mojej przedniej przerzutki, że myślałam, że zaraz ją odkręcę i wyrzucę. Gaweł trochę ją podregulował, bo strasznie denerwowało mnie to, że nie mogłam w ogóle wrzucić na blat.
Po regulacji było nieco lepiej - ciężko bo ciężko, ale dało się zmienić przerzutkę, więc mogłam śmiało jechać do koleżanki zobaczyć jej dwu-miesięcznego malucha. Jak na razie to bardzo grzeczna dziewczynka :D Po odwiedzinach do domu. Trasa jak z pracy. Jakież było moje zdenerwowanie, gdy najpierw na Jagiellońskiej przerzutka nie chciała znowu przerzucić ze środkowej zębatki na blat, a jak chciałam manetką wrócić na 2 przełożenie to nagle strzeliła linka i łańcuch spadł razem z przerzutką na młynek... Ostatni kilometr zmuszona byłam dojechać na najmniejszej zębatce kręcąc jak chomik w kołowrotku.
Po powrocie do domu szybki "telefon do przyjaciela". Gaweł wytłumaczył mi na szybko co zrobić, by ustawić przerzutkę na stałe na 2 przełożenie, póki nie zostanie wymieniona linka. Jak tak dalej pójdzie to niedługo nie będę mieć na czym jeździć...
Przez cały weekend nie udało mi się wyjechać na rower. W sobotę plany rowerowe zostały przebite przez IX rundę MPPZ, która w tym roku obyła się w Częstochowie. W niedzielę byłam umówiona przed obiadem na jazdę z Mr. Dry, ale akurat jak na złość padał deszcz, więc zrezygnowaliśmy z wyjazdu. Po obiedzie z kolei byłam w Dąbrowie Zielonej na spotkaniu CRK. Po powrocie do domu pomyślałam, że skoro wieczór jest dość ciepły można chociaż zrobić jakieś kółeczko po mieście, tym bardziej, że żużel, na którym był Robert akurat się skończył. Umówiliśmy się po godzinie 20 na małą przejażdzkę.
Robert przyjechał do mnie po dom. Pojechaliśmy przez osiedle do Jagiellońskiej i dalej przez Aleję Pokoju na Dąbie. Następnie duktem wzdłuż rzeki do DK1. Kawałek wzdłuż trasy do Jana Pawła, i potem Kierzyńską do Promenady. Na końcu Promenady zrobiliśmy małą rundkę przez lasek Aniołowski. Jadąc nocą przez mało znany mi lasek z oświetleniem Sigmy, zastanawiałam się jak ja mogłam kiedyś jeździć w terenie po nocy z jakąś zwykłą lampką przednią "no name" - teraz bym się chyba na to nie odważyła.
Wyjechaliśmy z lasku na Kukuczki. Trasa dalej przebiegała przez Wyzwolenia, Westerplatte, Szajnowicza-Iwanowa do Popiełuszki. Przy trójkącie na ścieżce pieszo-rowerowej niewiele mi brakło, by wjechać centralnie wprost w wózek prowadzony przez jakieoś nierozważnego faceta. Facet szedł cały czas prosto środkiem, a jak go mijałam nagle odbił wózkiem w prawo, by skręcić na przystanek autobusowy. Nawet się nie rozejrzał dookoła. Pojechaliśmy dalej przez III Aleję, Nowowiejskiego i Sobieskiego. Następnie wzdłuż linii tramwajowej, Bór i przez Jagiellońską.
Wieczorna wycieczka dobrze na mnie podziałała. Wieczór był naprawdę ciepły, bez wiatru, więc jechało się bardzo przyjemnie. Takim sposobem z krótkiego kółeczka po mieście zrobiło się w zasadzie aż 26 km. Bardzo fajne zakończenie weekendu, tym bardziej, że już myślałam, że nie uda się wyjść na rower.
Rano droga do pracy. Trasa jak zawsze z małą różnicą - pojechałam dziś drugą stroną wiaduktu na Niepodległości tzn. zachodnią, bo zwykle jeździłam wschodnią. Po pracy jeszcze kilka km przez miasto - Sobieskiego, Pułaskiego, Popiełuszki, Jana Pawła i Rynek Wieluński na Klasztorną pobyć sobie 3 minuty w kriokomorze.
Po komorze i ćwiczeniach do domu. Pojechałam przez Jana Pawła, Popiełuszki, III Aleję, Nowowiejskiego, Sobieskiego do linii tramwajowej. Dalej już trasa taka sama jak z pracy - przez Bór i Jagiellońską.
Dziś już jechałam na swoim siodełku, więc nie mogę na nic narzekać. Nawet o dziwo żaden pieszy nie wszedł mi pod koła na ścieżce rowerowej i żaden kierowca nie wymusił pierwszeństwa. Tak to ja mogę jeździć codziennie.
Na dobry początek dnia i przebudzenie się do rowerem pracy. Rano jeszcze nie było zbyt gorąco, więc jechało się bardzo przyjemnie. Po pracy droga prosto do domu. Jechało się już trochę ciężej, bo było trochę duszno. W obie strony trasa taka jak zwykle.
Po pracy umówiłam się z Darią na wypad do Blachowni, by tym razem to ona mogła poprowadzić swoimi ścieżkami. Celem wycieczki była Blachownia. Dołączył dziś do nas jeszcze Robert, który przyjechał do mnie pod dom. Wspólnie udaliśmy się przez Jagiellońską i Sabinowską koło szkoły straży pożarnej na miejsce zbiórki, gdzie czekała już na nas Daria.
Pojechaliśmy kawałek chodnikiem Sabinowską, potem asfaltem przez Chopina i Piastowską. Dalej kawałek szutrówką wzdłuż torów do przejazdu kolejowego w Gnaszynie. Za przejazdem krótki odcinek szutrówką koło Domexu. Następnie asfaltem przez Lisiniec - Dobrzańską, Lwowską, Tatrzańską do Wielkoborskiej. Po opuszczeniu Częstochowy cały czas asfaltem przez Starą Gorzelnię, Łojki, Konradów do Blachowni. Dotarliśmy w pobliże zalewu i skręciliśmy w prawo. Nie zatrzymując się, jechaliśmy dalej kierując się już z powrotem.
Pojechaliśmy terenową drogą szlakiem niebieskim pieszym / zielonym rowerowym. Na rozwidleniu dróg niebieski szlak prowadził dalej prosto, my skręciliśmy w prawo trzymając się zielonego rowerowego. Dosyć kamienistym szlakiem dojechaliśmy do Wydry i dalej pojechaliśmy asfaltem przez Kalej, Lgotę i Białą do Częstochowy. Pojechaliśmy ulicą Ikara przez Grabówkę w stronę Lisińca. Skręciliśmy z Ikara w prawo i dotarliśmy do bunkra w pobliżu cmentarza komunalnego. Przy bunkrze zatrzymaliśmy się na chwilkę na krótki odpoczynek.
Słońce już zaszło, więc ruszyliśmy dalej z powrotem. Pojechaliśmy asfaltem przez Białostocką i Dobrzańską. Następnie kawałek szutrówką koło Domexu do głównej drogi. Tutaj pożegnaliśmy się ze Skowronkiem i dalej jechaliśmy z Robertem we dwójkę. Przejechaliśmy przez przejazd kolejowy i pojechaliśmy szutrówką wzdłuż torów. Dojechaliśmy do asfaltu przy przejeździe kolejowym na Zaciszańskiej. Dalej już asfaltem do domu przez Chopina, Sabinowską i Jagiellońską.
Udany wypad w dobrym tempie i świetnym towarzystwie. Skowronek poprowadził nas ścieżkami, których dotąd z Robertem nie znaliśmy. Z początku jechało mi się dość ciężko, ale z upływem kolejnych minut, gdy robiło się coraz chłodniej stopniowo przybywało mi energii. Jedynym minusem było to, że drugi dzień jazdy na wąskim jak dla mnie siodełku Accenta, sprawił, że na każdej nawet najmniejszej nierówności odczuwałam dość duży dyskomfort... Mam nadzieję, że jutro dam jakoś radę usiąść na siodełku.
Umówiłam się wczoraj z Bartkiem na wieczorny wypad terenem do Olsztyna. Stawiłam się punktualnie o 19 pod skansenem. Ku mojemu zdziwieniu podjechali jeszcze Adam, Gaweł i Przemek (który pisał wcześniej na CFR, że wybiera się na rower o godzinie 18). Byłam mile zaskoczona - takiej obstawy się nie spodziewałam.
Pojechaliśmy asfaltem w stronę huty, na rondzie skręciliśmy w lewo. Następnie przez cmentarz żydowski i potem przez Legionów. Zjechaliśmy w lewo w teren i pojechaliśmy górą przez Ossona. Nie dałam rady podjechać, więc wprowadziłam rower na szczyt. Po zjeździe z Ossona pojechaliśmy terenem w stronę Przeprośnej. Było pełno błota, więc wszyscy byliśmy pochlapani. Następnie jechaliśmy kawałek asfaltem czerwonym rowerowym, a potem znów terenem przez Przeprośną Górkę. Udało się podjechać na sam szczyt przy pierwszym podejściu. Chwila przerwy na górze i dalej w drogę.
Pojechaliśmy asfaltem zielonym/czarnym szlakiem rowerowym przez Siedlec do Mstowa. Tuż za tabliczką "Mstów" przed cmentarzem skręciliśmy w prawo w teren. Po drodze musiałam się na moment zatrzymać, bo wkręciła mi się jakaś gałąź w tylną przerzutkę. Pojechaliśmy dalej terenem z tyłu cmentarza i wyjechaliśmy na asfalt już za rynkiem. Jechaliśmy kawałek asfaltem, a potem zjechaliśmy w teren na niebieski pieszy. Znów było kawałek pod górkę. Zatrzymaliśmy się na chwilkę przy sadzie, by spróbować tegorocznych jabłek. Te wczesne już prawie dojrzałe. Niebieskim pieszym dotarliśmy do asfaltu w Małusach. Po krótkim odcinku asfaltowym ponownie wjechaliśmy w teren na niebieski pieszy, którym dojechaliśmy do Turowa. W Turowie przejechaliśmy przez przejazd kolejowy i już cały czas asfaltem dojechaliśmy do ronda w Olsztynie i udaliśmy się do knajpy pod zamkiem na izotonik i pogaduchy.
Było już dość późno więc trzeba było wracać. Najpierw kawałek asfaltem, potem terenem szlakiem zielonym rowerowym pod górkę przed Skrajnicą. Przez Skrajnicę asfaltem i dalej rowerostradą. Na końcu skręciliśmy w prawo, przecięliśmy główną drogę i pojechaliśmy kawałek terenem do asfaltu na Kręciwilku, który również przecięliśmy prosto i dalej kawałek leśną ścieżką do asfaltu już za nastawnią. Następnie asfaltem koło Guardiana, ścieżką wzdłuż rzeki, koło skansenu i przez Aleję Pokoju. Przy estakadzie Gaweł i Piksel odłączyli się. Bartek i Przemek odwieźli mnie jeszcze przez Gajową do domu i dalej pojechali w swoją stronę.
Podczas dzisiejszej terenowej jazdy testowałam nowy zakup Roberta - siodełko Accenta. Jest dość wąskie, co pozwoliło mi na bardziej stromych zjazdach bez problemu odchylić się do tyłu, ale niestety na dłuższą metę jest jak dla mnie niezbyt wygodne - pod koniec wycieczki zaczął boleć mnie tyłek. Dodatkowo męczyłam się z niewłaściwie działającą przerzutką przednią. Już pomijam fakt, że przerzutka ma spory problem ze zmianą przełożenia z środkowego na blat, ale bardziej uciążliwe było jest, że prawie w ogóle nie chce zrzucać na młynek. Przed każdym terenowym podjazdem musiałam się zatrzymać i zmienić przełożenie na postoju. Trochę to było frustrujące.
Pomijając wszelkie utrudnienia techniczne był to bardzo przyjemny wypad w wyśmienitym towarzystwie i dobrym tempie, tym bardziej, że było dziś kilka terenowych podjazdów. Wieczorna jazda po upalnym dniu dobrze na mnie działa - jak jest chłodniej od razu mam więcej energii i mogę sobie pozwolić na większy wysiłek. Dziękuję chłopaki za wspólną jazdę i do następnego :)
Dziś na dobry początek tygodnia z przymusu i z własnej woli rowerem do pracy. Trasa jak zawsze. Już przed 8 było bardzo ciepło. Po drodze na pasach na Jagiellońskiej minęłam się z kuzynem, który dziś jechał do pracy autem.
Po pracy w strasznym upale przez miasto - Sobieskiego, Pułaskiego, Popiełuszki, Jana Pawła i Rynek Wieluński na Klasztorną schłodzić się przez 3 minuty przy minus 130 stopniach Celcjusza. Na przejeździe rowerowym przy trójkącie mało brakło potrącił by mnie niesforny kierowca, który stojąc na czerwonym świetle i nerwowo oczekując na zieloną strzałkę, nie zauważył, że ja już miałam zielone światło i ruszył akurat w tym samym momencie, w którym ja już byłam przednim kołem na pasach.
Po schłodzeniu się i półgodzinnych ćwiczeniach do domu. Pojechałam przez Rynek Wieluński, Popiełuszki, III Aleję, Nowowiejskiego i Sobieskiego do linii tramwajowej. Dalej już taką trasą jak z pracy do domu. Strasznie dziś gorąco. Powrót do domu był strasznie mozolny, jechałam totalnie bez energii. Do tego przez skrzywioną sztycę znów nie mogę dopasować odpowiedniej pozycji do siodełka.
Wieczorem jeszcze parę km z Robertem przez Jesienną i 11-tego Listopada na stację benzynową, po korek od wlewu gazu, który wczoraj podczas tankowania pozostał na stacji. Powrót między blokami przez osiedle. Pod wieczór jechało się już całkiem fajnie - od razu lepiej się kręci jak jest trochę chłodniej.
Prognozy na niedzielę były optymistyczne, miało być ciepło i bez deszczu. Od samego rana mocno grzało słońce. Niedzielne przedpołudnie było doskonałą okazją, by połączyć jazdę na rowerze z wylegiwaniem się nad wodą. Na moczenie w wodzie nie nastawiałam się, bo ostatnie dni nie były zbyt ciepłe, więc woda nie zdążyła się nagrzać. Miałam chęć popływać znów rowerkiem lub kajakiem. Pomyślałam, że można by było wybrać się do Kłobucka nad Zakrzew. Moją propozycję bez dłuższego namysłu poparł Robert. Umówiliśmy się u mnie pod domem.
Pojechaliśmy przez Jagiellońską, Sabinowską, dalej Chopina, Matejki, Zaciszańską, Kingi, Jadwigi i Okulickiego do Alei Brzozowej. Aleją Brzozową do samego końca i dalej kawałek dość mocno zapiaszczonym terenem czarnym rowerowym do Białej. Nie wiem skąd się tyle piachu bierze, za każdym razem jak jadę jakąś znana trasą mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej zapiaszczona. W Białej wyjechaliśmy na asfalt. Na szczęście nie jest już tak dziurawy jak ostatnimi czasy. Od Białej jechaliśmy cały czas asfaltem bocznymi drogami przez Kamyk, aż do Kłobucka.
W Kamyku zauważyliśmy dorodną jabłonkę, która rosła tuż przy samej drodze. Nie mogliśmy się oprzeć i wypróbowaliśmy jej owoce. Były przepyszne. Robert zabrał kilka sztuk na dalszą drogę. Już w Kłobucku, przejeżdżając przez dzielnicę Smugi dostrzegliśmy przy drodze dostojną gruszę, z której również postanowiliśmy zerwać kilka owoców. Darmowa wyżerka, w dodatku bardzo smaczna :)
Dotarliśmy do głównego ronda w Kłobucku, mijając po prawej kościół. Pojechaliśmy prosto tak jak się jedzie na Blachownię. Za rondem mieliśmy skręcić w pierwszą ulicę w prawo przed Biedronką, ale pojechaliśmy jeszcze kawałek prosto i zatrzymaliśmy się na chwilę, by kupić coś do picia. Następnie wróciliśmy się i skręciliśmy w lewo. Kawałek prosto i za przejazdem kolejowym w prawo nad zalew.
Najpierw poleżeliśmy chwilę na plaży. Robert trochę popływał. Ja zamoczyłam tylko nogi, bo woda była jak dla mnie lodowata. Leżenie na słońcu znudziło nam się, więc przejechaliśmy na drugą stronę zalewu popływać rowerkiem wodnym i kajakiem. Rowerek w porównaniu do tego, którym pływaliśmy w Siamoszycach był o niebo lepszy. Pedałowało się leciutko, bez żadnego wysiłku.
Zbliżała się pora obiadowa, więc trzeba było już wracać do domów. Było coraz bardziej gorąco. Pojechaliśmy taką samą trasą - asfaltem przez przejazd kolejowy, dalej do ronda, na rondzie prosto i bocznymi drogami przez Kłobuck-Smugi, Kamyk do Białej. W Białej wjechaliśmy w teren na piaszczysty czarny rowerowy, którym dojechaliśmy do Alei Brzozowej. Aleją Brzozową do Okulickiego, dalej Jadwigi, Kingi, Zaciszańską, Piastowską, Sabinowską do Jagiellońskiej. Robert odwiózł mnie pod dom i potem pojechał do siebie.
Idealne połączenie aktywnego wypoczynku na rowerze z wypoczynkiem nad wodą. Całkiem mile spędzone niedzielne przedpołudnie. Mogło by jedynie nie być tak gorąco, bo dziesięć razy szybciej się męczę jeżdżąc w takim skwarze. Mam nadzieję, że do następnego razu woda choć trochę się nagrzeje i będzie można popływać dla ochłody.
Sobotni poranek był bardzo ładny. Zapowiadał się naprawdę upalny dzień. Pomyślałam, że można by wykorzystać wolne popołudnie i wybrać się gdzieś na przejażdżkę rowerem, a przy okazji sprawdzić, czy po ostatnich opadach deszczu są w lesie grzyby. Robert zaproponował wypad do Złotego Potoku, więc od razu się zgodziłam. Umówiliśmy się na godzinę 13tą pod skansenem.
Pojechaliśmy w stronę huty, ścieżką wzdłuż rzeki, a potem asfaltem koło Guardiana. Kawałek od Guardiana spotkaliśmy najpierw mojego znajomego z osiedla, który szedł do pracy, a po chwili Bartka z rodziną, którzy wracali z wycieczki rowerowej. Po krótkich pogaduchach ze znajomym pojechaliśmy dalej asfaltem koło nastawni i w stronę Kusiąt. W pewnej chwili przy przydrożnym rowie zauważyłam dorodną kanię. Nie mogłam jej tak tam pozostawić, więc moja reakcja była natychmiastowa - zahamowałam dość ostro i udałam się by ją zerwać. Kawałek dalej zauważyłam drugą kanię. Spakowałam obie do plecaka i pojechaliśmy dalej.
Na skrzyżowaniu z drogą na Kusięta skręciliśmy w prawo w stronę osiedla pod Wilczą górą. Przy pierwszych zabudowaniach zjechaliśmy w lewo w teren i jechaliśmy dość zapiaszczonymi leśnymi ścieżkami. W kilku miejscach zatrzymaliśmy się w celu poszukiwania grzybów. Znaleźliśmy tylko kilka malutkich maślaczków i Robert znalazł jeszcze dwie duże kanie. Wyjechaliśmy na asfalt nieopodal miejsca straceń. Pojechaliśmy asfaltem w stronę rynku w Olsztynie, jednak przy cmentarzu skróciliśmy sobie trasę do głównej drogi już za rynkiem i znaleźliśmy się tuż koło ronda z drugiej strony zamku. Tempo jazdy mieliśmy dość słabe, zaledwie 18 km/h, w dodatku straciliśmy sporo czasu na poszukiwaniach grzybów.
Postanowiliśmy dojechać od Olsztyna do Złotego Potoku główną drogą, by trochę zyskać na czasie. Jechaliśmy przez Przymiłowice, Zrębice, Piasek i Janów. Trasę liczącą 10 km od ronda w Olsztynie do rynku w Janowie pokonaliśmy ekspresowo – zajęło nam to 20 minut, co oznaczało, że przejechaliśmy w upale 10 km ze średnią 30km/h. Zrobiliśmy krótki postój przy sklepie, by kupić coś do picia i udaliśmy się asfaltem, by posiedzieć trochę w Potoku na molo nad Amerykanem. Schłodziliśmy stopy w wodzie, zjedliśmy jeszcze lody i zebraliśmy się z powrotem.
Pojechaliśmy kawałek asfaltem w stronę Janowa, potem przez Aleję Klonową i następnie terenem niebieskim rowerowym / czerwonym pieszym do asfaltu w Pabianicach. Kawałek asfaltem, następnie najpierw szutrówką, a potem terenem żółtym / czarnym rowerowym / czerwonym / niebieskim pieszym do Zrębic. W Zrębicach asfaltem koło kościoła i w lewo koło stawu w stronę Sokolich. Przez Sokole Góry terenem najpierw szlakiem czerwonym pieszym, potem czarnym rowerowym / zielonym / żółtym pieszym. Następnie zjechaliśmy na nowo oznakowany szlak żółty rowerowy / czarny / niebieski pieszy. Dalej już tylko nowym żółtym rowerowym w pobliżu Biakła. Wyjechaliśmy na asfalt niedaleko leśnego, w którym siedział Bartek.
Nie zatrzymywaliśmy się już, tylko pojechaliśmy dalej asfaltem w stronę Skrajnicy, gdzie czekał nas ostatni terenowy podjazd (również niedawno oznakowanym jako szlak zielony rowerowy). Dalej przez Skrajnicę asfaltem do rowerostrady. Na końcu rowerostrady kawałek terenem do torów, potem na drugą stronę i przez lasek do Bugaja. Na Bugaju asfaltem do przejazdu kolejowego i potem przez Michalinę do DK1. Pojechaliśmy dołem pod trasą do Jesiennej.
Bardzo przyjemny spontaniczny wypad do Złotego Potoku. Dawno nie jechałam ani Alejką Klonową, ani przez Sokole Góry. Nawet nie wiedziałam, że od tamtego czasu oznakowane zostały nowe szlaki. Tempo całkiem dobre, pogoda dopisała, obyło się bez żadnych kapci, więc czego chcieć więcej. No może mogło by jedynie tak mocno nie grzać słońce, ale nie można mieć wszystkiego.
Na rowerze jeżdżę odkąd tylko pamiętam - nauczył mnie tata, gdy nie miałam jeszcze skończonych 3 lat. Najbardziej lubię zwiedzać, w szczególności zamki :)
Technika nie jest moją najlepszą stroną, ale jeżdżę, bo lubię i sprawia mi to przyjemność :) Jazda rowerem jest dla mnie jak narkotyk - silnie uzależnia, a jej brak powoduje dolegliwości abstynencyjne :D
Od 2013 zawodniczka klubu BIKEHEAD MTB TEAM.
Powerade MTB Maraton 2013 - klasyfikacja generalna: miejsce 8 w K2 Mega.
Bike Maraton 2014 - klasyfikacja generalna: miejsce 4 w K2 Mega
PS: Nie obchodzi mnie co o mnie myślicie, czy mnie lubicie czy nienawidzicie, czy jestem zbyt naiwna, czy może dziecinna, ale prawda jest inna - jestem taka jaka według siebie być powinnam.
Oświadczam, że wszelkie obraźliwe, niecenzuralne, wulgarne i bezsensowne komentarze umieszczane na innych portalach, podpisane moim nickiem, albo pisane w taki sposób, by mogły być kojarzone z moją osobą nie są mojego autorstwa. Jest to próba podszywania się pode mnie. Przyjdzie taki czas, że sprawiedliwości stanie się za dość i winny poniesie odpowiednią karę.