Dzisiaj pierwszy dzień w Bieszczadach i pierwsza wycieczka po górach na nowym rowerze. W dodatku dziś pierwszy test bezprzewodowego licznika z Lidla. Na pierwszy ogień krótka wycieczka na rozgrzewkę, gdyż na miejsce dojechaliśmy nieco później niż planowaliśmy, a jeszcze trzeba było się zaaklimatyzować na kwaterze. Spojrzeliśmy na mapę i postanowiliśmy wybrać się dziś nad jezioro Solińskie.
Wyruszyliśmy z Wołkowyi asfaltem niebieskim / zielonym rowerowym i od razu na starcie 9% podjazd o długości co najmniej 2,5 km. To się właśnie nazywa prawdziwa rozgrzewka :D Po podjeździe oczywiście wspaniały zjazd do Polańczyka. Jechałam dość ostrożnie, gdyż nie byłam jeszcze odpowiednio zaprzyjaźniona z nowym rowerem i bałam się, że na którymś ostrym zakręcie po prostu spotkam się z asfaltem. W Polańczyku pojechaliśmy kawałek terenem pod górkę na punkt widokowy nad jeziorem Solińskim - punkt, z którego obserwowaliśmy jezioro nazywany jest dużą wyspą energetyk. Widoki cudowne. Cisza, spokój, nie to co w Tatrach.
Po krótkiej przerwie i kilku fotkach zjechaliśmy w dół po płytach betonowych do asfaltu w Polańczyku. Następnie asfaltem niebieskim / zielonym rowerowym dotarliśmy do Myczkowa. Dalej cały czas asfaltem zielonym rowerowym udaliśmy się do Soliny na zaporę nad jeziorem. Znowu musieliśmy pokonać dość długi pojazd, po którym oczywiście był bajeczny zjazd. Przed wjazdem na zaporę, uznałam, że najwyższy czas na demontaż nowego licznika - nie wiem czy wszystkie bezprzewodowe tak mają, czy tylko ten z Lidla, ale licznik działa jak mu się podoba - raz liczy km, raz nie. Na zaporze spotkaliśmy troje rowerzystów, którzy sprawili wrażenie znających okolicę. Postanowiliśmy podpytać ich o jakieś ciekawe ścieżki w okolicy i miejsca warte zwiedzenia na rowerze. Pokazali nam na mapie kilka tras i pojechali w swoją stronę, a my w swoją.
Ze Soliny wróciliśmy do Polańczyka tą samą trasą - asfaltem przez Myczków. Następnie skręcamy w Polańczyku na głównym skrzyżowaniu w lewo i jedziemy asfaltem do parku zdrojowego. Cały park niezbyt szczególny - kilka asfaltowych ścieżek pomiędzy drzewami. Postanawiamy zjechać dość stromym terenowym zjazdem na przystań Jawor, skąd można zobaczyć Fiord Nelsona nad Soliną. W przystani cisza i spokój - wypożyczalnia rowerków i kajaków była już zamknięta, a było raptem kilka minut po godzinie 17. Poza nami nikogo tam nie było. Po zrobieniu kilku zdjęć pojechaliśmy dalej.
Najpierw terenowy, dość stromy podjazd - i tu wyszedł brak przyzwyczajenia do nowego sprzętu i brak odpowiedniej techniki - w pewnym momencie momentalnie podniosło mi do góry przednie koło i na tym mój podjazd się skończył. Nie byłam już w stanie ruszyć, więc musiałam rower podprowadzić do płaskiego asfaltu w parku. Przez park dotarliśmy do asfaltu w Polańczyku i postanowiliśmy pojechać na drugą stronę wyspy, by zobaczyć jezioro od drugiej strony. Oczywiście terenem musieliśmy zjechać w dół, a tuż przed samą plażą mieliśmy do pokonania jeszcze kilka schodów. Widoki przy brzegu jeziora wspaniałe - plaża, przybrzeżna skarpa - raj dla oczu. Po kolejnej sesji zdjęciowej nad brzegiem Soliny powrót na kwaterę.
Na początek kilka schodów i potem terenem pod górę do asfaltu w Polańczyku. Następnie do głównej drogi i cały czas asfaltem na kwaterę w Wołkowyi. Po drodze znów ten sam co wcześniej dość długi i wyczerpujący 9% podjazd w górę, a potem zjazd. Do tego powrót cały czas pod wiatr, który dodatkowo utrudniał jazdę. Na sam koniec pod samą kwaterą krótki, ale bardzo stromy podjazd po betonowych płytach. Ustawiłam sobie złe przełożenie i w efekcie pierwszego dnia nie udało mi się pokonać tego podjazdu. Na szczęście mam jeszcze kilka dni :D
Po pierwszej górskiej wycieczce na Rockim nasunęło mi się kilka spostrzeżeń co do nowego sprzętu - na asfalcie, szczególnie podczas podjazdów świetnie sprawdza się blokada amortyzatora, jednak terenowe opony na asfalcie nie radzą sobie najlepiej, są dość miękkie i strasznie hałasują. W dodatku jechałam dziś na siodełku pożyczonym od Gawła, nieco szerszym niż to, które było w Rockim na standardzie i po pierwszej jeździe na innym siodle, stwierdzam, że jednak muszę się jakoś przyzwyczaić do węższego siodełka, gdyż to od Gawła wcale nie jest takie komfortowe jak mogłoby się wydawać, tym bardziej, że na stromych zjazdach nie ma jak odchylić się do tyłu.
Trasa dzisiejszego dnia była w większości asfaltowa - nie wliczając dojazdu do punktu widokowego i kilku odcinków nad jeziorem Solińskim. Jednak pomimo tego kilkukilometrowe strome asfaltowe podjazdy dają ostro w kość. W końcu to góry i nikt nie mówił, że będzie łatwo :)
Dziś razem z Robertem przedobiednia objazdówka po mieście po kilku sklepach rowerowych. Chciałam dokupić kilka rzeczy do nowego roweru. Najpierw pojechaliśmy trasą taką jak zawsze dojeżdżam do pracy, potem Sobieskiego, Pułaskiego i Popiełuszki do BDC, następnie przez Jana Pawła do Dobrych Sklepów Rowerowych (niestety dziś było zamknięte), później II Aleją i Wolności do Ransport, na Sobieskiego do e-rowery, a na sam koniec do narty-rowery i do Gawła na serwis zważyć rower. Waga pokazała 13,09 kg choć katalogowo powinien ważyć 12,90 kg, jednak różnica może wynikać z tego, że chwilowo musiałam założyć normalne pedały zamiast SPD, które były w rowerze podczas zakupu.
W sumie podczas całej miastowej objazdówki zakupiłam tylko dwie dętki, koszyk na bidon i bidon termiczny. Miałam jeszcze w zamiarze kupić jakieś wygodne siodełko (bo to, które jest w rowerze to dla tragedia - twarde niesamowicie - po wczorajszych 30 km mam dość), błotniki i platformy do SPD, ale tym razem się nie udało. Na szczęście udało się przed wypadem w Bieszczady pożyczyć całkiem niezłe siodełko od Gawła.
W piątkowy wieczór wypad na ognisko w Górach Towarnych, aby wspólnie z ekipą z Częstochowskiego Forum Rowerowego pożegnać dobiegające już końca lato. Korzystając z okazji postanowiłam odbyć pierwszą jazdę na nowym rowerze. Umówiliśmy się pod skansenem razem z Gawłem, Mr.Dry, Pikslem, Przemo2 i STi, by razem dojechać na miejsce ogniska.
Pojechaliśmy wszyscy asfaltem w stronę huty, na chwilę się rozdzieliliśmy, gdyż Gaweł, Piksel, Przemek i Robert pojechali ścieżką wzdłuż rzeki, a ja z Bartkiem asfaltem. Spotkaliśmy się ponownie koło Guardiana i pojechaliśmy dalej razem asfaltem aż do Kusiąt. W Kusiętach, za górką koło szkoły skręciliśmy w prawo w teren i zielonym pieszym dotarliśmy pod jaskinię, gdzie ognisko już się paliło.
Łącznie przed jaskinią utworzyła się dość duża rowerowa ekipa - w sumie było nas aż 25 osób. Przy ognisku jak zawsze było wesoło. Tym razem nie było ani gitary, ani śpiewów, ale pomimo tego nie nudziliśmy się, bo wrażeń nie zabrakło. Do samego końca ogniskowej imprezy zostało nas tylko kilka osób. Nikt tej nocy nie nocował w jaskini, ani w namiocie, więc po zagaszeniu ogniska udaliśmy się w drogę powrotną razem z Kasią, Helenką, Krzyśkiem, magnum, Prophet, Sti, Outsider i Zbyszko61.
Było ciemno, więc dla bezpieczeństwa postanowiliśmy z pod jaskini sprowadzić rowery na dół i dopiero na równym gruncie zacząć jechać. Będąc już na dole ścieżką przy gospodarstwach dojechaliśmy do asfaltu w Kusiętach. Prophet skręcił w prawo w stronę Olsztyna, a my w lewo. Pojechaliśmy przez Kusięta cały czas asfaltem, taką samą trasą jak wcześniej. Podczas powrotu do domu również nie zabrakło wrażeń, niestety tych nieoczekiwanych. Na Alei Pokoju każdy rozjechał się w swoją stronę.
Pierwsza jazda nowym sprzętem już za mną. Jedzie się lekko, przyjemnie, o niebo lepiej niż na ciężkim zółtym rowerku. Różnica jest nieporównywalna. W drodze na Towarne drażnił mnie jedynie hałasujący prawie non stop tylny hamulec, który co chwila wpadał w rezonans nawet na najmniejszej nierówności (przekonałam się pierwszy raz o urokach tarczówek). Na szczęście przy ognisku Arek z Robertem coś tam podziałali i w drodze powrotnej uciążliwy hałas zniknął. W najbliższym czasie muszę jeszcze pomyśleć o zmianie siodełka, bo na tym wąskim i twardym kamieniu długo nie wytrzymam.
Z powodu mniejszej ilości wolnego czasu dawno nie byłam na wieczornej przejażdżce w większym gronie. Dzisiejsze popołudnie miałam mieć luźniejsze, więc zaproponowałam kilku osobom wypad do Mstowa o godzinie 18:00. W między czasie w trakcie przerwy w pracy wyczaiłam pewną dość kuszącą ofertę. Kilka telefonów i po pracy po Roberta i autem prosto do Decathlon. Zadzwoniłam tylko do Kasi, że mogę się spóźnić pod skansen, ale że na pewno będę. Dzięki informacji od Rafała zakupiłam nowy rower, który tylko szybko spakowaliśmy do auta i do domu. W domu byliśmy o 18. Zostawiliśmy rower w aucie, szybko się przebraliśmy i pod skansen.
Na miejsce zbiórki dotarliśmy około 18:15 - studencki kwadrans. Ekipa w składzie: Kasia, Łuki, mario66 i Tomek cierpliwie na nas czekała, jednak spóźnienie zostało wybaczone, gdyż przyczyna była słuszna :D Z uwagi na fakt, że byliśmy trochę w tył z czasem i dnie są już coraz krótsze, postanowiliśmy zrezygnować dziś z wypadu do Mstowa i skrócić trasę wycieczki do Olsztyna.
Pojechaliśmy asfaltem w stronę huty, na rondzie skręciliśmy w lewo i potem terenem przez cmentarz żydowski. Następnie kawałek asfaltową ścieżką na Legionów, po czym koło Cooper Standard wjechaliśmy w teren. Pojechaliśmy tak jak kiedyś prowadził nas Rafał, z tym, że tym razem w odwrotnym kierunku i za dnia. W dzień te terenowe podjazdy i zjazdy wyglądały jakoś groźniej niż w nocy. Może dlatego, że więcej było widać. Wyjechaliśmy ponownie na asfalt na zakręcie i jechaliśmy asfaltem do zjazdu na czerwony rowerowy. terenem czerwonym szlakiem dojechaliśmy do Kusiąt. Następnie znów asfaltem przez Kusięta do Olsztyna i na krótką przerwę w leśnym.
Z leśnego ruszyliśmy asfaltem w stronę Biskupic. Na zakręcie przed słynną górką w Biskupicach pojechaliśmy prosto w teren na zielony pieszy. Szlak całkiem ciekawy, tylko było sporo piachu, momentami ciężko było jechać, z resztą Tomek zaliczył nawet niegroźne spotkanie z ziemią. Po przeprawie przez piaskownice jeszcze musieliśmy zmierzyć się z kamienistym podjazdem. Po podjeździe dojechaliśmy do asfaltu w Dębowcu koło cmentarza. Zatrzymaliśmy się na moment na szczycie górki niedaleko kościoła, by wspólnie zdecydować jak przebiegać będzie dalsza część trasy. Różowy panter, ups... miałam napisać Tomek, ewntualnie _omar_ lub Tofik (osoby wtajemniczone wiedzą o co kaman) opowiedział nam jeszcze dowcip i ruszyliśmy dalej.
Postanowiliśmy pojechać możliwie jak najkrótszą trasą. Za kościołem skręciliśmy w lewo i zjechaliśmy asfaltem do drogi prowadzącej z Choronia do Poraja. Zjazd całkiem fajny, tylko po drodze jakieś niepotrzebne dwa spowalniacze w postaci znaków "STOP" na krzyżówkach :D Po zjeździe skręciliśmy w prawo i pojechaliśmy w stronę przejazdu kolejowego. Przed przejazdem skręciliśmy w prawo i najpierw kawałek asfaltem, potem terenem dotarliśmy do następnego przejazdu. Przejechaliśmy na drugą stronę torów i dotarliśmy asfaltem do drogi głównej w Osinach.
Następnie jechaliśmy już cały czas asfaltem. Najpierw kawałek główną przez Osiny i Kolonię Borek. Następnie zjechaliśmy z głównej drogi w prawo i jechaliśmy cały czas asfaltem przez Zawodzie, Poczesną, Nową Wieś (przez kostkę brukową, na której zawsze mnie jakoś wytrzęsie), dalej przez Korwinów, Słowik i Wrzosową, aż dojechaliśmy do Gierkówki. Następnie prosto chodnikiem wzdłuż trasy. Przy wiadukcie nad nowymi torami kolejowymi ja i Robert odłączyliśmy się od reszty i pojechaliśmy pod trasą do Jesiennej. Reszta ekipy pojechała w stronę estakady.
Bardzo fajny wieczorny wypad. Dobre tempo, doborowe towarzystwo i jak zawsze masa śmiechu i dobrego humoru. Tego mi było trzeba. Niestety dni są już coraz krótsze i większość wypadów odbywa się już po zmroku. Trzeba się na nowo przyzwyczajać do nocnych wypadów.
Dziś znowu tylko parę km po mieście. Rano standardowy dojazd do pracy. Nic szczególnego. Po pracy wzdłuż linii tramwajowej do dentysty i chirurga szczękowego niedaleko estakady. Następnie Jagiellońską i przez osiedle do domu.
Po południu z wielkim zapałem chciałam przejechać jeszcze trochę km, dla rozładowania nerwów, ale niestety kolejny dzień z rzędu się nie udało. Słaby ten miesiąc, szału nie ma.
Kolejny mało rowerowy dzień. Dziś tylko trochę po mieście. Na początek rano droga do pracy. Trasa jak zawsze. Poranek dziś był stosunkowo ciepły, a już na pewno cieplejszy niż wczorajszy wieczór.
Po pracy razem z Robertem wzdłuż linii tramwajowej i przez II Aleję na Garibaldiego do Dobrych Sklepów Rowerowych. Następnie ponownie tą samą trasą do erowery na Sobieskiego, potem na chwilę do Gawła i jeszcze na chwilę znowu wzdłuż linii tramwajowej do erowery przy estakadzie. Po sklepowej objazdówce przez Gajową i osiedle do domu.
Teraz mam już totalny mętlik jeśli chodzi o kupno nowego roweru. Prawie każdy sprzedawca chwali swoje sprzęty, zapominając przy tym, że zadowolony klient to taki, któremu się doradzi jak najlepiej biorąc pod uwagę jego osobiste potrzeby i wymagania.
Kolejny wrześniowy weekend, podczas którego nie udało mi się znależć wystarczająco dużo czasu na rower minął. Udało mi się wygospodarować raptem jedynie godzinkę czasu w niedzielę wieczorem po godzinie 20. Postanowiliśmy razem z Robertem udać się na chwilkę nad zbiornik huty.
Ruszyliśmy ode mnie z domu i pojechaliśmy najpierw przez osiedle, potem Jagiellońską, Aleję Pokoju, obok skansenu i asfaltem nad zbiornik huty. Tam chwila przerwy, nocne foto i powrót trochę na około. Kawałek ścieżką wzdłuż rzeki do asfaltu i potem ponownie ścieżką, ale już po drugiej stronie rzeki. Ścieżką przy rzece, potem kawałek szutrem i znów ścieżką dojechaliśmy do tamy przy Bugaju. Następnie asfaltem do przejazdu kolejowego, potem przez Michalinę do DK1, pod wiaduktem do Jesiennej i do domu.
W dzień było dziś bardzo ciepło. Jednak wieczór był już bardzo chłodny. Wiedziałam, że wieczorem będzie chłodniej, ale nie sądziłam, że różnica temperatur będzie aż tak spora. Trzeba zacząć zakładać na siebie więcej ciuchów. Najbardziej zmarzły mi palce u rąk letnich rękawiczkach i stopy w cienkich skarpetach.
Ostatnim razem na popołudniowej przejażdżce byłam w poniedziałek. Przez następne trzy dni za każdym razem coś innego krzyżowało moje plany - we wtorek wizyta brata, środa - zdychałam całe popołudnie w łóżku, a w czwartek deszcz. Dziś zbyt wiele czasu też nie miałam, ale udało mi się wyrwać chociaż na niecałą godzinkę.
Wyszłam z domu parę minut po 19. Powoli zachodziło już słońce. Przed wyjazdem musiałam jeszcze dopompować kółko z tyłu, bo zauważyłam, że było mało powietrza. Mając nadzieję, że nie jest to jakiś poważniejszy kapeć i że w razie czego wystarczy co jakiś czas dopompować kółko ruszyłam w drogę.
Pojechałam przez osiedle, potem Jagiellońską, Aleją Pokoju, koło skansenu, asfaltem w stronę huty, ścieżką wzdłuż rzeki, ponownie asfaltem koło Guardiana, aż do nastawni. Następnie kawałek prosto terenem wzdłuż torów i potem w lewo w stronę rowerostrady. Przed rowerostradą skręciłam w lewo, przecięłam główną drogę i z zamiarem powrotu terenową dróżką dojechałam do asfaltu niedaleko nastawni. Dalej jechałam już taką samą trasą jak wcześniej, czyli koło Guardiana, wzdłuż rzeki, koło skansenu, Aleją Pokoju, Jagiellońską i przez osiedle do domu.
Na terenowych ścieżkach po wczorajszym deszczu pełno błota. Musiałam uprawiać slalom między kałużami, bo nie chciałam dziś się pochlapać. Pomimo tego, iż założyłam dziś cieplejsze długie spodnie i dwie koszulki - jedną z krótkim i drugą z długim rękawem, to trochę zmarzłam. Brakowało mi przede wszystkim rękawiczek z całymi palcami i opaski na uszy. Nie sądziłam, że wieczór będzie tak chłodny. Niestety czuć już jesienny chłód w powietrzu. Pod samym domem zauważyłam, że znów powietrza w kole jest mało. Trzeba będzie się w wolnej chwili temu bliżej przyjrzeć i znaleźć przyczynę.
Rano dojazd do pracy standardową trasą. Po pracy prosto do domu. Przed domem minęła mnie Abovo, którą zobaczyłam w ostatniej chwili. Bardzo upalny dziś dzień. Aż nie chce się wierzyć, że jutro ma padać deszcz i ma być dużo chłodniej. Dziś tylko tyle km, po południu nie udało mi się wyjechać nawet na chwilę.
Umówiłam się na popołudniowy szybki wypad z Kasik. Spotkałyśmy się pod skansenem z zamiarem wypadu do Olsztyna, ale że tamten kierunek już nam się nieco zaczął nudzić, postanowiłyśmy potrenować podjazdy pod Ossona i przy okazji obejrzeć zmagania z Ossona w wykonaniu Bartka, Adama i Gawła, który dzisiejszego dnia testował Speca 29".
Z pod skansenu ruszyłyśmy we dwie. Pojechałyśmy asfaltem w stronę huty, potem przez cmentarz żydowski i asfaltem przez Legionów. Następnie terenem do Ossona, gdzie wykorzystałyśmy czas, zanim dotarli do nas chłopaki i mierzyłyśmy się z podjazdem na sam szczyt. Podjechać się nie udało, Kasia próbowała trzykrotnie, a ja w sumie czterokrotnie. Najlepiej wyszedł mi trzeci podjazd - dojechałam mniej więcej do 3/4 wzniesienia. Przy czwartym niestety zaliczyłam upadek, obijając sobie kostkę i krzywiąc wózek tylnej przerzutki (o czym dowiedziałam się dopiero przymierzając się do kolejnego, piątego podjazdu, z którego w efekcie zrezygnowałam, gdyż na największej zębatce z tyłu przerzutka ocierała o szprychy).
Czekałyśmy dość długo zanim dotrą chłopaki. We troje kilkukrotnie podjeżdżali na szczyt, zamieniając się co chwila rowerami. Najlepiej poszło Pikselowi. O Gawła próbach miałam nie pisać (takie dostałam odgórne przykazanie :D) więc tego nie zrobię. Kto by i widział ten jest wtajemniczony w sprawę :) Po wszystkich próbach pokonania Osoona Gaweł podjął się reanimacji mojej przerzutki i kolejny raz uratował mi rower :) Jeszcze chwile pogadaliśmy, po czym Gaweł z Pikselem wrócili z Ossona do domów, a my w trójkę z Kasią i Bartkiem postanowiliśmy zaliczyć jeszcze Przeprośną.
Przez Ossona pojechałyśmy z Kasią bokiem, gdzyż stwierdziłyśmy, że nie było sensu kolejny raz mierzyć się z kamienistym podjazdem na samą górę, natomiast Bartek przebił się przez sam szczyt i spotkaliśmy się ponownie już za szczytem. Następnie zjechaliśmy w dół i najpierw terenem, potem kawałek asfaltem czerwonym szlakiem rowerowym pojechaliśmy w stronę Sprośnej Górki, pod którą również podjeżdżaliśmy terenem. Udało się podjechać bez problemu, choć myślałam, że będzie dziś gorzej. Na szczycie krótki odpoczynek. Robiło się coraz później, czas nas gonił, więc razem zdecydowaliśmy, ze z Przeprośnej Górki wracamy do domów.
Na terenowym zjeździe Kasia zgubiła licznik. Bartek odjechał szybciej kawałek do przodu i tam na nas czekał. Zatrzymałyśmy się, ja pilnowałam rowerów, a Kasia poszła pieszo na poszukiwania zguby. Niestety nie udało się znaleźć. Przy okazji dostałam delikatny opr od sprzedawcy z Dobrych Sklepów Rowerowych, który akurat zjeżdżał z Ossona i liczył na szybki zjazd, a musiał wyhamować przed Kasi rowerem, który pozostawiła na drodze. Nie przyszło mi do głowy, że akurat ktoś poza nami mógłby tam w tym czasie jechać, bo bardziej martwiłam się, czy Kasia zabrała ze sobą lampkę idąc sama na górę.
Mieliśmy wracać wzdłuż rzeki do Tesco, ale z uwagi na to, że chcieliśmy dotrzeć jak najszybciej, uznaliśmy, że pojedziemy asfaltem przez Mirowską. Oj jak ja lubię tamtą drogę - górka, dołek, górka dołek i tak cały czas :D Wszystkie asfaltowe podjazdy poszły dziś bardzo sprawnie. Najgorsze były tylko te kocie łby, na których jak zwykle zjechały mi nogi z pedałów. Już przy szpitalu na Zawodziu rozdzieliliśmy się i Bartek pojechał w swoją stronę, a my pojechałyśmy z Kasią duktem wzdłuż rzeki za elektrownią i obok Galerii, chcąc dojechać do Krakowskiej.
Przy Galerii pojechałyśmy początkowo nie z tej strony rzeki, z której powinnyśmy i dojechałyśmy do końca ścieżki do jakiegoś zagrodzonego placu tuż przy rzece. Wróciłyśmy te parę metrów do właściwego duktu. Dotarłyśmy do Kanału Kohna do ścieżki rowerowej, którą dojechałyśmy do Krakowskiej, a potem zjechałyśmy znów na ścieżkę wzdłuż rzeki, aby dotrzeć do Bór. Przy Bór Kasia pojechała przez Niepodległości do domu, a ja tak jak wracam z pracy przez Bór i Jagiellońską do domu.
Mimo niewielkiej ilości km, które udało nam się pokonać dzisiejszego dnia i kilku nieprzewidzianych przygód wypad można zaliczyć do udanych. Pogoda dopisała, towarzystwo przyjemne, więc to najważniejsze. Straty techniczne w tym momencie są mniej ważne. Dziękuję za wypad i do następnego :)
Na rowerze jeżdżę odkąd tylko pamiętam - nauczył mnie tata, gdy nie miałam jeszcze skończonych 3 lat. Najbardziej lubię zwiedzać, w szczególności zamki :)
Technika nie jest moją najlepszą stroną, ale jeżdżę, bo lubię i sprawia mi to przyjemność :) Jazda rowerem jest dla mnie jak narkotyk - silnie uzależnia, a jej brak powoduje dolegliwości abstynencyjne :D
Od 2013 zawodniczka klubu BIKEHEAD MTB TEAM.
Powerade MTB Maraton 2013 - klasyfikacja generalna: miejsce 8 w K2 Mega.
Bike Maraton 2014 - klasyfikacja generalna: miejsce 4 w K2 Mega
PS: Nie obchodzi mnie co o mnie myślicie, czy mnie lubicie czy nienawidzicie, czy jestem zbyt naiwna, czy może dziecinna, ale prawda jest inna - jestem taka jaka według siebie być powinnam.
Oświadczam, że wszelkie obraźliwe, niecenzuralne, wulgarne i bezsensowne komentarze umieszczane na innych portalach, podpisane moim nickiem, albo pisane w taki sposób, by mogły być kojarzone z moją osobą nie są mojego autorstwa. Jest to próba podszywania się pode mnie. Przyjdzie taki czas, że sprawiedliwości stanie się za dość i winny poniesie odpowiednią karę.