Droga do i z pracy, a wieczorem do Towarnych na ognisko

Piątek, 11 maja 2012 · Komentarze(3)
Najpierw rano do pracy - standardowa trasa jak w każdy inny dzień, bez żadnych modyfikacji. Po pracy szybko do domu, spakować się na popołudniowy wyjazd wspólnie ze znajomymi z CFR na ognisko w Górach Towarnych.

Miejscem spotkania był skansen. Przyjechał do mnie wcześniej STi, żeby zabrać jeszcze ode mnie karimatę. Ruszyliśmy potem w stronę skansenu. Nieoczekiwanie, przy parkingu koło PZU miałam bliskie spotkanie z innym rowerzystą, które zakończyło się lotem przez kierownicę i upadkiem na asfalt. Jakiś niezbyt rozważny człowiek zajechał mi drogę i w efekcie uderzyłam kołem w jego ramę, przeleciałam nad jego rowerem i łokciem i dłonią przytarłam po ziemi. Koleś wstał i zdążył uciec zanim ja w ogóle zdążyłam się podnieść. Dobrze, że nic poważnego się nie stało i mogłam jechać dalej.

Pod skansenem czekała już spora ekipa osób z CFR, w składzie: helenka z mężem Krzyśkiem i córką Kasią, zbyszko61 i poisonek. Po chwili dojechał też Gaber i markon. Razem pojechaliśmy w stronę huty, ścieżką wzdłuż rzeki i koło Guardiana, gdzie dogoniliśmy dwie Agnieszki - Abovo i Rudą. Dalej przez Kusięta asfaltem, bo ciężko było by terenem z takimi tobołkami na plecach. Mimo tego jakoś lekko mi się jechało i większość trasy trzymałam się z przodu. Za górką w Kusiętach zauważyłam, że reszta ekipy została w tyle. Chwile czekałam z Gaberem, ale się jednak wróciliśmy, bo okazało się, że w rowerze Kasi był kłopot z przerzutką.

Uznałam potem, że będę jechać z tyłu - nikt nie zarzuci mi, że nie widzę co się za mną dzieje - mimo tego, że prawie co chwila oglądałam się do tyłu i patrzałam jak reszta ekipy. Wszyscy odjechali i tylko STi dopiero po dłuższej chwili zauważył, że mnie nie ma. Z asfaltu skręciliśmy w stronę Towarnych. Tutaj był kawałek terenu - troszkę piachu i lekko po górkę. Potem przez polanę i ścieżką między drzewami w stronę jaskini. Dojechaliśmy w efekcie od innej strony niż reszta i wcześniej niż oni, ale sam cel był ten sam. Na miejscu czekał już na nas Przemo. Do ostatniego momentu próbowałam wjechać rowerem pod górkę, jednak przy końcu musiałam wprowadzić rower.

Na Towarne dojechali jeszcze jurczyk (wpadł tylko na chwilę dotrzymać nam towarzystwa) i chwilę po nim Faki. Później dojechał jeszcze ProPhet, który przybył razem ze STi podczas gdy wracał z Olsztyna ze sklepu.
W trakcie imprezy, gdy już była mocno rozkręcona przyjechali jeszcze kobe24la z pietro1978.

Podsumowując - impreza bardzo udana, towarzystwo wyśmienite - jak zawsze masa śmiechu, pełno wygłupów no i te super wokale, które towarzyszyły muzyce gitar i fletu. Kiełbaski prosto z ognia wyborne, ziemniaczki z popiołu również :) oczywiście muszę jeszcze wspomnieć o przepysznej sałatce, którą sama doprawiałam :D Pogoda także była dla nas bardzo hojna, słonko świeciło aż do zmierzchu. Jedynym problemem było spore stado much i komarów, które przeokropnie lgnęło do spoconych rowerzystów.

Powrotu opisywać nie będę, gdyż będzie w następnym wpisie - już w sobotę.
Dziękuję wszystkim za super zabawę i z niecierpliwością czekam na następny taki wypad.

Przy ognisku:


Trzeba narąbać na opał:


Płonie ognisko w lesie... przy jaskini:


Z Robertem i Helenką:



Droga do i z pracy

Czwartek, 10 maja 2012 · Komentarze(0)
Dziś tylko do pracy i z powrotem. Nic szczególnego, no może poza tym, że wiozłam na kierownicy śpiwór pożyczony od Helenki, przeznaczony na jutrzejszy nocleg po ognisku. Niestety ciągle trzyma mnie katar i ogólne otumanienie.

Droga do i z pracy, a potem Olsztyn

Środa, 9 maja 2012 · Komentarze(0)
Dawno nie byłam w pracy rowerem - albo wizyty w urzędach, albo nie najlepsza pogoda - zawsze coś wypadało. Postanowiłam dziś się zmobilizować i wybrałam się na dwóch kółkach, w koszuli do pracy i cieszę się, że się zdecydowałam. W sumie dotarłam szybciej niż autem – a to wszystko z powodu remontu na Niepodległości.
Na popołudniowy wypad chętnych nie było wielu. Zgłosił się tylko STi. Zaproponował też wycieczkę do Olsztyna nieco inna trasą niż zwykle.

Pojechaliśmy przez Dąbie, potem ścieżką wzdłuż rzeki, dalej duktem wzdłuż trasy i przy skrzyżowani z Jana Pawła zjechaliśmy w teren na zielony rowerowy, który prowadził w pobliżu rzeki. Po jakimś odcinku zielony połączył się także z czerwonym pieszym. Niedaleko Mirowa wyjechaliśmy na asfalt, gdzie idzie czarny szlak rowerowy. Następnie z czarnego zjechaliśmy znów w teren na czerwony rowerowy, którym dojechaliśmy do Kusiąt. Dalej asfaltem do Olsztyna. Podjechaliśmy zobaczyć czy nie ma nikogo w leśnym, ale znajomych żadnych nie spotkaliśmy więc wróciliśmy na rynek do knajpy pod zamkiem.

Z powrotem pojechaliśmy najkrótszą trasą – kawałek drogą główną, za górką skręciliśmy w prawo na starą trasę, którą dojechaliśmy do nastawni. Następnie kawałek ścieżką w stronę rowerostrady, przenieśliśmy rowery przez tory i przez lasek do Bugaja. Z Bugaja asfaltem do przejazdu kolejowego i dalej przez Michalinę. Robert urwał jeszcze trochę bzu do wazonu. Potem już tylko przez wykopki tramwajowe i Jesienną do domu.

Pogoda dziś była w kratkę. W dzień ciepło i słonecznie, tylko dość mocny wiatr momentami utrudniał jazdę. Wieczorem chłodno. Dodatkowo przeszkadzał mi jeszcze uciążliwy katar, chyba od uczulenia na jakieś pyłki – jak jechaliśmy wzdłuż rzeki to miałam momentami dość - mało tego, że miałam zatkany nos, to jeszcze problem z koncentracją i znacznym spadkiem sił. Aż dziwne, ale w sumie bardzo dobrze, że nigdzie nie zaliczyłam żadnej gleby.

W okolicach Mirowa:


Na czerwonym rowerowym niedaleko Kusiąt:


Dziś nie było Pana „3,50” :D

Wieczorny wypad na strzelnicę

Wtorek, 8 maja 2012 · Komentarze(2)
Nie umiałam rano zmobilizować się do tego, by jechać do pracy rowerem. Postanowiłam więc chociaż na chwilkę wyjść na rower pod wieczór. Razem ze STi myśleliśmy gdzie by się wybrać - jak w pobliżu niedaleko to gdzie? - oczywiście na strzelnicę. Nie chciało mi się specjalnie przebierać na kilka km, więc pojechałam w zwykłych ciuchach dla odmiany.

Pojechaliśmy przez Wypalanki, dalej Poselską do Żyznej i zjechaliśmy na ścieżkę wzdłuż rzeki, którą jechaliśmy równolegle do Dźbowskiej. Przy parku skręciliśmy w Zagłoby i wyjechaliśmy na Dźbowską. Kawałek główną drogą, a potem przez Trzcinową obok cmentarza, i potem terenem w kierunku małego stawu na terenie strzelnicy.

Nad stawem kilka fotek - niestety przewrócił mi się rower i zamoczyło mi się siodełko, torba pod siodełkiem i rączka na kierownicy. Torbę i rączkę można było ejszcze jakoś wykręcić, ale siodełka nie bardzo. Przez jakiś czas musiałam jechać na stojąco. Pojechaliśmy terenem przepiękną alejką brzozową w kierunku bunkrów.
Nie zatrzymaliśmy się dziś przy bunkrach, tylko pojechaliśmy kawałek dalej w miejsce, o którym mało kto chyba wie, bo nawet wjazd tam jest dość zarośnięty. Powspinałam się troszkę na jednej ze ścian i ruszyliśmy z powrotem, bo coraz bardziej zaczęły zjadać nas komary.

Z powrotem szutrowymi drogami przez Weteranów, w prawo Oficerską i dalej do Skrzetuskiego. Dojechaliśmy do asfaltu. Przez Sabinowską, do Żyznej, Wypalanki i do domu. Miałam jeszcze w planie jechać rowerem do Lidla, ale wizja nie do końca wyschniętego siodełka trochę mnie zniechęciła.

Nad stawem:






Kilka "brzozowych fotek":








Żeby się nie przewróciła:


Dmuchawce, latawce, wiatr :D


mała wspinaczka:

Pająk, Blachownia i strzelnica

Niedziela, 6 maja 2012 · Komentarze(2)
Nie byłam zdecydowana gdzie chcę wybrać się w niedzielne przedpołudnie. Na forum PRZEMO2 zaproponował asfaltową przejażdżkę. Trasa jaką wybrał okazała się prawie taka sama, jak ta, którą za młodu jeździłam z tatą. Nie mogłam się nie zgodzić. Mieliśmy spotkać się pod skansenem. Jednak wcześniej zadzwonił do mnie Gaweł i oznajmił, że wybiera się przed wycieczką na giełdę samochodową, która w sumie była nam po drodze. Przyjechał więc po mnie, żebyśmy pojechali razem. Dotarł również STi i we troje pojechaliśmy asfaltem na giełdę przez Wypalanki.

Daliśmy znać Przemkowi, aby zgarnął resztę ekipy spod skansenu i żeby do nas dojechali. Razem z nim przyjechali Piksel i Krzysiek. Przed samą giełdą (o czym dowiedzieliśmy się już po fakcie) Przemo zaliczył lot przez kierownicę na asfalt, z powodu jednego gościa na motorze, któremu podobno zachciało się zawracać na środku drogi.

Z giełdy pojechaliśmy już wspólnie, asfaltem przez ulicę Żyzną, potem przez Brzeziny, Sobuczynę, Nieradę i Rększowice. Zatrzymaliśmy się na chwilę nad zalewem w Pająku, by zrobić kilka fotek. Dalej pojechaliśmy asfaltem do Konopisk. Następnie przez Kopalnię, Aleksandrię do Blachowni. W Blachowni kawałek szutrówką, a potem ścieżką przy zalewach do cukierni na ciastko i coś do picia.

Z powrotem asfaltem przez Łojki, główną drogą przez Gnaszyn na Zacisze. Skręciliśmy w ulicę Zaciszańską, za przejazdem kolejowym prosto przez Matejki, a potem szutrówkami między nowym osiedlem domków na Stradomiu, równolegle do ulicy Sabinowskiej na dawną strzelnicę artyleryjską. Na strzelnicy pojechaliśmy obejrzeć najlepiej zachowane bunkry. Spotkaliśmy przy okazji chłopaków, którzy interesują się militariami – ćwiczyli strzelanie. Pokazali nam swoje sprzęty, opowiedzieli o swojej pasji i zrobiliśmy sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie. Okazało się w trakcie rozmowy, że znają dwóch moich kumpli, którzy również strzelają.

Czas gonił, zbliżała się pora obiadowa i trzeba było wracać do domów. Odłączył się od nas Piksel i samotnie wrócił do domu inną trasą. My objechaliśmy dookoła bunkry terenowymi ścieżkami, potem szutrową ulicą Skrzetuskiego dojechaliśmy do Sabinowskiej. Skręciliśmy w lewo i asfaltem dojechaliśmy do Jagiellońskiej. Na skrzyżowaniu za makro rozdzieliliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Miałam już bardzo bliziutko, byłam praktycznie na swojej ulicy.

Dzisiejsza wycieczka dała mi pewnego rodzaju nadzieję na to, że wciąż mogę się bardziej rozwijać, że nie stoję w miejscu tylko idę małymi krokami w przód. Pomimo wiejącego wiatru jechało mi się jakoś bardzo lekko, bez większego wysiłku – no może poza dwiema górkami, ale nad tym również potrenuję. Bądź co bądź, ja jestem z siebie zadowolona.

Na molo w Pająku:


Tym razem nie pływałam:


Zaczynają już kwitnąć:


Ale mam pałkę:


Nauka strzelania:


Na strzelnicy z napotkaną ekipą:

Mstów, Olsztyn i miła niespodzianka

Sobota, 5 maja 2012 · Komentarze(4)
Sobotnie dopołudnie zapowiadało się pogodnie. Chciałam wykorzystać je na rowerową przejażdżkę. Zaproponowałam więc na Częstochowskim Forum Rowerwoym wycieczkę do Mstowa. Na miejscu spotkania pod skansenem odliczyła się pięcioosobowa ekipa: ja, Artur (arturm), drugi Artur, Mariusz i Robert. Taką wesołą grupką ruszyliśmy ochoczo w drogę trasę planując spontanicznie podczas jazdy.

Spod skansenu pojechaliśmy w stronę huty, na rondzie w lewo, potem przez kostkę brukową do Legionów. Dalej ścieżką rowerową i asfaltem. Wjechaliśmy w teren na szlak czerwony rowerowy – nawet markon dziś nie protestował przeciwko terenowym ścieżkom. Na asfalt wyjechaliśmy w Kusiętach i tutaj pod górkę – udało mi się znów wjechać pod nią szybciej niż poprzednio (22 km/h), więc jak dla mnie spore osiągnięcie. Następnie pojechaliśmy w lewo, przez tory i za torami w prawo w stronę Turowa. Za Turowem kawałek szutrówką do Małus. Dalej znów trochę asfaltu, szybki zjazd i w teren do sadów.

Kilka fotek przy najdorodniejszej jabłonce i dalej terenem do dawnych stodół, gdzie znów chwila postoju i kilka fotek. Próbowałam wdrapać się na jedną ze stodół, ale obsypujące się kamienie uniemożliwiły mi to. Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy terenem na rynek w Mstowie, gdzie spotkaliśmy się z Jackiem (Faki). Jacek dotrzymał nam towarzystwa przez pewien czas i kawałek pojechał z nami. Wspólnie pojechaliśmy z rynku asfaltem, a potem po zbudowanych dróżkach obok skały miłości nad zalew. Bardzo trzęsie jadąc na rowerze na tych nowych ścieżkach wyłożonych kamieniami. Dotarliśmy nad zalew.

Chłopaki usiedli na ławce, ja chciałam kilka fotek, więc chwilę zeszło mi na plaży. Po chwili dołączyłam do chłopaków. Ku mojemu zdziwieniu markon postanowił zrobić mi bardzo miłą niespodziankę z okazji moich wczorajszych urodzin i wyciągnął nagle z sakwy szampana – co prawda picollo bezalkoholowy, ale sam ten gest bardzo mnie wzruszył. Otworzył go dość wybuchowo, po czym rozlałam chłopakom do kubeczków, a resztę dopiłam z butelki. Chwilę później chłopaki odśpiewali chórem „sto lat” na moją cześć, a potem markon nagle podniósł mnie do góry, chcąc podrzucić mnie tyle razy, ile skończyłam lat, czyli 26. Jednak z pomocą przyszedł mu tylko arusb, więc podrzucili mnie tylko 6 razy :D Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Było mi bardzo miło :)

Jeszcze chwilę posiedzieliśmy i ruszyliśmy w drogę, z tym, że Jacek pozostał jeszcze chwilę, bo jechał inną stronę. Pojechaliśmy kawałek terenem za zalewem i wyjechaliśmy na asfalt. Przez rynek, dalej przez Zawadę, w prawo pod niezbyt łatwą górkę i do Małus. W Małusach terenem, niebieskim pieszym do Turowa. Za przejazdem kolejowym wyjechaliśmy na asfalt i nim dojechaliśmy do Olsztyna, skąd udaliśmy się do baru leśnego chwilę posiedzieć.

Siedząc w barze zauważyliśmy przejeżdżającego ulicą Darka (darsji), który pomachał nam tylko i pojechał dalej. Szkoda, że nie zatrzymał się chociaż na chwilę. Po krótkim odpoczynku i pogaduchach zebraliśmy się do odjazdu. Wyjeżdżając już z leśnego, zauważyliśmy również siedzącego w barze Maćka. Wiedzieliśmy wcześniej, że jechał dziś samotnie podobną trasą co my, jednak nie zauważyliśmy się wzajemnie w barze. Przywitaliśmy się, zamieniliśmy kilka słów i ruszyliśmy, a on jeszcze został.

Pojechaliśmy najszybszą drogą – choć nie wierzyłam, że będzie najszybsza – a jednak taka była :) Z leśnego do centrum Olsztyna, dalej kawałek główną drogą, i potem starą trasą na Olsztyn przez Kusięta. Prawie cały czas po płaskim, jechało się super. Ani się obejrzałam, a byliśmy już koło nastawni. Dalej koło Guardiana, ścieżką wzdłuż rzeki i w stronę skansenu. Zatrzymaliśmy się na moment nieopodal sądu, bo markon chciał urwać trochę bzu. Również bardzo lubię bez i jego zapach. Następnie pojechaliśmy Aleją Pokoju. Dalej troszkę inaczej niż zwykle wracam – trasą markona – ścieżką przy Jagiellończykach, Brzozową, Gajową, a potem już standardowo jak zawsze do domu.

Dzisiejsza wycieczka była bardzo udana, doborowe towarzystwo, milutka niespodzianka – po prostu super. Dziękuję raz jeszcze i będę dziękować przy każdej możliwej okazji. Nawet bym nie pomyślała, że spotka mnie takie miłe zaskoczenie. :)

Nie mogłam się powstrzymać:


Pod jabłonką:


Zaczepił mi się listek poziomki:


Wyżej wejść było ciężko:


Ekipa przy stodołach:


No to podjeżdżamy:


Nad zalewem:


Urodzinowy szampan – niespodzianka Markona:

Połazić po ruinach i urwać bzu

Piątek, 4 maja 2012 · Komentarze(2)
Planowałam w dniu urodzin wybrać się rowerem do Ogrodzieńca. Napisałam propozycję na CFR rowerowym, jednak z uwagi na fakt, że dziś jest dzień roboczy tylko Darek (darsji) był chętny. Wstałam rano, nawet pogoda okazała się gorsza niż bym sobie życzyła, więc uznałam, że Ogrodzieniec zdobędę rowerem w inny dzień, a dziś pojadę z rana choćby do Olsztyna. Poza mną i Darkiem na poranną przejażdżkę zdecydował się także STi.

Ze skansenu pojechaliśmy w stronę huty, dalej ścieżką wzdłuż rzeki, koło Guardiana i obok nastawni. Następnie wjechaliśmy w teren na żółty pieszy. Ciężko się dziś jechało, zmoczony przez deszcz piach sprawił trochę trudności. Nawet krajobraz dziś jakiś ponury, po ostatnich pożarach las wygląda strasznie. Ze szlaku wyjechaliśmy na asfalt niedaleko Góry Biakło. Następnie pojechaliśmy rozkopanymi drogami na zamek w Olsztynie.

Chcieliśmy wdrapać się na ruiny. Niestety z każdej strony zamek obstawiony – coraz trudniej jest wejść na górę nie płacąc słynnych ostatnio „3,50 zł”. Objechaliśmy więc zamek dookoła. Udało nam się prawie cudem wdrapać na górę niezauważonym przez inkasentów. Zrobiliśmy kilka fotek. Trzeba było jeszcze jakoś zjechać na dół tak, by być niezauważonym, no i przy okazji zjechać bezpiecznie. Rozejrzeliśmy się z góry dookoła i wybraliśmy trasę zjazdu. Znów się udało się :)

Gdy byliśmy już na dole zaproponowałam chłopakom wypad na lody. Pojechaliśmy więc na rynek. Przejeżdżając obok trwających przy rynku prac archeologicznych mogliśmy posłuchać skąd prawdopodobnie wzięły się tam ludzkie szczątki – w miejscu, w którym obecnie są bary i sklepy był niegdyś stary cmentarz, o którym później zapomniano. Po krótkim odpoczynku w lodziarni udaliśmy się z powrotem.

Pojechaliśmy terenem pod górkę na Skrajnicy. Dalej również terenem przez Skrajnicę. Na asfalt wyjechaliśmy niedaleko rowerostrady, którą pojechaliśmy do samego końca. Dalej kawałek terenem, potem obok nastawni, koło Guardiana i ścieżką wzdłuż rzeki. Następnie asfaltem w stronę skansenu. W pobliżu sądu urwaliśmy troszkę bzu, bo bardzo chciałam wziąć do domu do wazonu. Dalej już standardową trasą przez Aleję Pokoju, Jagiellońską – gdzie kawałek za stacją odłączył się darsji – i dalej przez osiedle do domu.

Średnia dzisiejszej przejażdżki okazała się niska - ciężko się dziś jechało szlakiem, no i w dodatku sporo chodziliśmy po zamku prowadząc rowery po kamieniach i musieliśmy również wepchnąć je na górę. No ale przecież nie średnia jest najważniejsza. Jak to mówią - są rzeczy ważne i ważniejsze. Dziś co inne było ważniejsze.
Wycieczka była bardzo udana, w miłym towarzystwie, połączona ze spacerkiem po ruinach – czyli to co EdytKa lubi :) Bardzo miły początek dnia, w którym przybył mi kolejny rok na karku.

Żółty szlak po pożarze:


Olsztyn z mojej ulubionej strony:


Jechać czy nie jechać? O nie nie, lepiej sprowadzić:


Jak ślicznie pozował:


Z Darkiem:


No to którędy by tu zjechać…:


Już na dole, cało i zdrowo:


Wykopaliska w Olsztynie:

Wieczorny wypad do Olsztyna

Środa, 2 maja 2012 · Komentarze(0)
Wieczór był dziś bardzo ładny, z początku miałam już nigdzie dziś nie jechać, ale jednak zdecydowałam się na propozycję wieczornej wycieczki do Olsztyna, o której napisał piter na CFR. W czteroosobowym składzie - ja, blabla, piter i sebaxgh wyruszyliśmy spod skansenu.

Pojechaliśmy w stronę huty, ścieżką wzdłuż rzeki, potem koło Guardiana i przed torami w lewo na ścieżkę wzdłuż torów. Później znów w lewo, obok Zielonej Góry, i dojechaliśmy do czerwonego rowerowego, którym jechaliśmy aż do Kusiąt. Następnie od Kusiąt asfaltem do Olsztyna i do knajpy pod zamkiem posiedzieć chwilę i pogadać. Jak ja uwielbiam te kamienie na dróżce pod zamkiem. Taka fajna droga tam była, to rozkopali :D Dołączył do nas również Tomek na swoim elektrycznym rowerku.

Z powrotem pojechaliśmy wspólnie w piątkę.W miejscu wykopów blabla przewrócił się wprost na barierki obok wykopanych ludzkich szczątków. Gdyby nie to, pewnie bym ich nie zauważyła. Zdumiewający widok. Dalej pojechaliśmy kawałek drogą główną, później w lewo i asfaltem przez Skrajnicę, aż do rowerostrady. Rowerostradą do końca - ciągle czuć w powietrzu dym po ostatnim pożarze - las dookoła jest w tragicznym stanie. Na końcu rowerostrady wyjechaliśmy na drogę główną i przez Bugaj pojechaliśmy do przejazdu kolejowego. Za przejazdem przez Michalinę. Przy DK1 odłączyłam się od chłopaków i pod trasą pojechałam przez wykopki tramwajowe do domu.

Wieczorowa jazda chyba mi sprzyja. Jechało mi się bardzo przyjemnie, bez większego wysiłku. Pod górkę w Kusiętach, pod którą z reguły wjeżdżam z trudem dziś udało mi się wtoczyć wyjątkowo szybko - prędkość nie spadła poniżej 21 km/h. Robię postępy :) Muszę częściej jeździć wieczorami :)

Wykopaliska koło zamku:

Droga do i z pracy, potem do Decathlon'u i GoSport'u

Środa, 2 maja 2012 · Komentarze(0)
Najpierw do pracy tą samą drogą co zwykle i przy okazji odwiedzić Helenkę. Po pracy do domu. Towarzyszył mi arturm, którego spotkałam razem z Pikselem u Gawła. Z pracy droga troszkę dłuższa, bo standardowa droga już mi się nudzi.

Po południu przez Błeszno, duktem przy trasie, a potem przez Wrzosową, razem z PRZEMO2 do GoSport'u i Decathlon'u obejrzeć rowery i ciuchy rowerowe. Z powrotem ślimakiem nad trasą, jakimiś terenowymi ścieżkami przez Nową Wieś do Słowika. Później szutrówką do Bugaja. Dalej przez Michalinę i Błeszno do domu.

Rowerowa majówka na Jurze? Dlaczego nie :D

Wtorek, 1 maja 2012 · Komentarze(2)
Pierwszy dzień maja zapowiadał się bardzo pogodnie, dodatkowo w dniu wolnym szkoda było siedzieć w domu. Po uzgodnieniach z Helenką umówiłyśmy się na wspólną wycieczkę, by pozwiedzać najbliższe okolice. Napisałam również propozycję na CFR, ale tym razem nie było znaczącego odzewu. Wszystko wskazywało na to, że pojedziemy w czteroosobowym składzie: ja, Helenka, Krzysiek – mąż Helenki i STi. Pod skansenem udało się jeszcze zwerbować Piksela, który miał nieco inne plany, ale dołączył się do nas.

Ruszyliśmy spod skansenu, w stronę huty i ścieżką wzdłuż rzeki na Bugaj. Kawałek asfaltem, a potem niebieskim / pomarańczowym rowerowym. Następnie przez Słowik, Zawodzie dalej szlakiem, ale asfaltem. Potem znów terenowo pomarańczowym. Przy stawach zjechaliśmy z pomarańczowego, bo Robert pomylił drogę, chcąc ominąć odcinek po piachu. W efekcie jechaliśmy terenem dróżką między brzozami z drugiej strony stawów, potem przez most, który jest w budowie i dalej koło odlewni żelaza. W Osinach wyjechaliśmy na asfalt i główną drogą dojechaliśmy do Poraja. W Poraju asfaltem na Choroń.

Za górką w Choroniu wjechaliśmy w prawo na szlak czerwony / żółty rowerowy. Super zjazd. Później jazda prawie jak po piaskownicy czarnym / żółtym pieszym, dalej żółtym / zielonym pieszym. Na rozwidleniu szlaków odłączył się od nas Piksel. Nie bardzo wiedzieliśmy gdzie dalej jechać na Złoty Potok. Wypatrzyliśmy w oddali grupkę ludzi, więc spytałam ich o drogę do najbliższego asfaltu, bo mieliśmy już dość piasków. Czarnym pieszym / czerwonym rowerowym „tubylcy” pokierowali nas do asfaltu w centrum Zaborza. Jechaliśmy przez Suliszowice, dłuższy odcinek szlakiem niebieskim / żółtym rowerowym, ale asfaltem. Malownicza okolica, drzewka przy drodze, zakręty, pagórki. Super widoki, które rekompensowały nam podjazdy pod górki.

Dojechaliśmy do asfaltu prowadzącego na Złoty Potok. Następnie czerwonym pieszym udaliśmy się do źródełek, by się ochłodzić i nabrać wody do bidonów. Ze źródełek kawałek asfaltem, a potem czerwonym pieszym pojechaliśmy do Złotego Potoku posiedzieć na molo przy Amerykanie. Spotkaliśmy się tam z Gawłem, jego żoną i synkiem. Pomoczyliśmy wspólnie nogi w stawie, pogadaliśmy, ustaliliśmy plan trasy dalszej części wycieczki, po czym ruszyliśmy w drogę. Gaweł z rodzinką został jeszcze chwilę nad stawem.

Wyjechaliśmy znów na drogę główną, kawałek jechaliśmy asfaltem, po czym zjechaliśmy na szlak zielony rowerowy / żółty pieszy. Na szlaku pełno ludzi, trzeba było uważać i jechać ostrożnie. Przy Bramie Twardowskiego zrobiliśmy znów chwilkę przerwy i podziwialiśmy piękno natury. Po chwili ruszyliśmy dalej asfaltem przez Siedlec. Kawałek przed pustynią zjechaliśmy z asfaltu na nieoznaczoną, mało uczęszczaną dróżkę między drzewami, która zaprowadziła nas do jaskini „na dupce”. Przypięliśmy rowery do drzewa a sami wdrapaliśmy się na górę. Pierwszy raz byłam w tej jaskini, ale bardzo mi się spodobała. Ludzi nie było tam wcale, odpoczęliśmy od zgiełku.

Po zwiedzeniu jaskini wróciliśmy tą samą dróżką miedzy drzewami do asfaltu, którym pojechaliśmy na Pustynię Siedlecką. Byłam tam już wiele razy, ale od ostatniej wizyty nieco zmienił się tam krajobraz. Nie spodziewałam się, że mogą tam wydobywać piasek, no bo skąd by tam były takie nasypy, jakie mogliśmy podziwiać. Nie wyglądało to na naturalnie zsypany piasek przez wiatr, a już tym bardziej wypłukany przez wodę. W każdym razie wg mnie super to wyglądało. Ubawiłam się piasku jak małe dziecko na plaży :D Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę pod drzewkiem w cieniu by troszkę odpocząć od słońca.

Dalej pojechaliśmy asfaltem przez Siedlec, Krasawę do Zrębic. Przy molo na moment się zatrzymaliśmy, by wstąpić do sklepu, a następnie pojechaliśmy czerwonym pieszym w stronę Sokolich Gór. Przez Sokole pognaliśmy najpierw czarnym rowerowym / zielonym / żółtym pieszym, gdzie ponownie spotkaliśmy Gawła z rodzinką. Czarnym / zielonym pieszym pojechaliśmy w stronę jaskini Olsztyńskiej. Gdy zboczyliśmy ze szlaku by dojść pod jaskinię, prawie po szczytem zauważyliśmy przy pniu drzewa pewną kartkę, którą ktoś tam zostawił – uśmialiśmy się niesamowicie. Ponownie rowery przycumowaliśmy do drzewa i udaliśmy się do jaskini. Niesamowity chłód, przepiękne wnętrze jaskini – było bosko :) Aż żal nam było wychodzić na zewnątrz.

Zabraliśmy rowery, zjechaliśmy w dół z powrotem do szlaku. Czarnym / zielonym pieszym ruszyliśmy dalej. Zjechaliśmy później na żółty pieszy i dojechaliśmy do asfaltu prowadzącego obok baru leśnego do Olsztyna. Na rynku zakupiliśmy kiełbaski na ognisko i pojechaliśmy asfaltem w stronę Towarnych, gdzie czekał już na nas Gaweł, jego syn i żona. Na polanę między skałkami udało mi się wjechać między drzewami rowerkiem, bez prowadzenia go. Musieliśmy poszukać w lesie jakichś gałęzi na ognisko. Krzyśkowi udało się nawet znaleźć siekierkę między drzewami, którą oczywiście wykorzystaliśmy. Operatorem ciężkiego narzędzia został Gaweł. Po spożyciu posiłku postanowiliśmy połazić chwilę po skałkach. Gaweł został na dole pilnują rowerów i dogaszając ognisko. Pomachaliśmy mu z góry ze skałek.

Po zejściu z powrotem na polanę uznaliśmy, że czas najwyższy wracać. Pojechaliśmy więc terenowo przez Towarne. W między czasie pożegnaliśmy się z Gawłem, gdyż z rodziną jechał nieco wolniej. Wyjechaliśmy na asfalt w Kusiętach. Za górką zatrzymaliśmy się przy sklepie, bo skończyła nam się woda do picia. Kolejny raz dojechał nas na trasie Gaweł :D Dalej znów we czwórkę terenem czerwonym rowerowym. Na asfalt wyjechaliśmy niedaleko Legionów. Pojechaliśmy ścieżką rowerową na Legionów, potem przez cmentarz żydowski. Następnie za cmentarzem w stronę asfaltu i wyjechaliśmy koło ronda i w stronę skansenu.

Przy dworcu stała grupka ludzi, ale jechałam rozpędzona, nie zauważyłam nawet kto tam stał, gdy nagle usłyszałam wołanie „Edytaa”. Wróciłam się – okazało się ze to Abovo z córą i synem oraz Markon z dziećmi. Wspólnie całą ekipą pojechaliśmy przez Aleję Pokoju – gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, by uwiecznić niecodzienne spotkanie. Dalej Jagiellońską, przy Da Grasso Agnieszka, Mariusz i dzieciaki odłączyli się, bo byli strasznie głodni. Kawałek dalej za Shellem w swoją stronę pojechali również Helenka z Krzyśkiem. Dalej to już przez osiedle do domu.

Dziękuję wszystkim za przemiłe towarzystwo :) Dzisiejsza wycieczka była dla mnie była bardzo przyjemna – Helence z tego co wiem również się podobało. Tempo w sam raz, aby się za bardzo nie przemęczyć, a z drugiej strony nie wlec się jak żółw. Ogromną przyjemność sprawia mi jazda, przy okazji której można pozwiedzać okolicę i podziwiać jej niezwykłość. Pogoda również nam dopisała. Spotkaliśmy na trasie wielu znajomych rowerzystów – to cieszy, widać, że ludzie korzystają ze słońca i aktywnie spędzają długi weekend.

Wiosna, ach to Ty:


Gdzie by tu, a może tam?


Przy źródełkach:


Wyjazd ze źródełek:


Z Helenką przy bramie Twardowskiego:


Wlazłam najdalej jak się dało – jaskinia „na dupce”


W piaskownicy – Pustynia Siedlecka:


Cóż to była za scena :D


Z bliźniakami:


Na pustyni – zakopana po kostki:


Zmierzamy do cienia:


Miał ktoś idealny pomysł :D choć ja siły miałam:


Przy jaskini Olsztyńskiej:


Rozkwitam:


Góry Towarne:


Na skałce w Towarnych: